czwartek, 28 lipca 2011

O dwóch zdradzonych dziewczynkach


To nie mógł być przypadek, że jednego dnia ufarbowałam włosy na rudo, kupiłam wydany niedawno ostatni tom mojej ukochanej serii o Ani z Zielonego Wzgórza i totalnie zepsułam potencjalnie genialny sernik (cóż, przynajmniej nie dodałam do niego kropel walerianowych).


Nadjedzony sernik-katastrofa: metafora ostatniej książki L. M. Montgomery

 Niedawno wróciłam do książek o Ani. Po latach czyta się je jeszcze lepiej. Przeczytałam co prawda tylko Anię z Zielonego Wzgórza i Anię z Avonlea (skądinąd najlepsze chyba tomy serii), ale to wystarczyło, by na nowo poczuć tamten klimat. Przede wszystkim: to jest dobrze, żywo napisane (pomijając egzaltowane opisy przyrody – ale niech tam, one też tworzą nastrój). Zwłaszcza pierwszy tom obfituje w celne zdania, które teraz – po latach – nasuwają mi skojarzenia jakby z Jane Austen.  Ponadto te książki to niesamowity miszmasz ideologiczny: z jednej strony mamy Anię, która jeszcze w I tomie z powodzeniem mogłaby kandydować na ikonę wczesnego feminizmu, z drugiej – rozmaite instancje hamujące i ograniczające rozwój dziewczyńskiej osobowości, niejako strażników i strażniczki „prawdziwej kobiecości” (tfu): choćby panią Małgorzatę Linde. Ta sama pani Linde zresztą poważnie interesuje się polityką – choć nie angażuje się w żywy już wówczas w Kanadzie ruch na rzecz przyznania kobietom praw wyborczych. Z jednej strony są Cuthbertowie, którzy uważają, że edukacja Ani jest najważniejsza – nawet do rzadkiego u kobiet na początku XX wieku magisterium; z drugiej strony – państwo Barry, którzy sądzą, że ich córce Dianie wystarczy tyle wiedzy, ile nabędzie w prowincjonalnej szkółce.  Z jednej strony mamy wiele empowering przykładów singielek (scil. „starych panien”), z drugiej: Montgomery robi wszystko, żeby te najfajniejsze okazy nagrodzić końcem staropanieństwa, czyli upragnionym (jak się okazuje) zamążpójściem (vide panna Lawenda). I tak dalej, i tak dalej. A ponadto zauważmy, że Ania przecież zostaje adoptowana przez dwoje ludzi żyjących de facto w związku partnerskim (Cuthbertowie są przecież rodzeństwem), tworząc z nimi nic innego, jak bardzo współczesną rodzinę rekonstruowaną. Do tego gdy Maryla adoptuje bliźnięta swojej dalekiej krewnej, a po śmierci męża na Zielone Wzgórze wprowadza się pani Linde, dom Cuthbertów staje się… prawdziwą kobiecą komuną! No dobra, to żart. Ale wiecie, o co mi chodzi. Podsumowując: tak to w swej najpopularniejszej serii Montgomery radośnie miesza postawę reakcyjną z tym, co nazywam pełzającą emancypacją.

W ostatnim numerze Wysokich Obcasów Extra Grażyna Plebanek w szkicu na temat Ani z Wyspy Edwarda napisała ostro: Montgomery udupiła Anię. Jakkolwiek rozumiem rozżalenie pisarki – też wolałabym, żeby Ania, zamiast wychodzić za Gilberta i rodzić jedno po drugim siedmioro dzieci, została sufrażystką i poświęciła się walce o prawa kanadyjskich kobiet (zapędy społecznikowskie ujawniła wszak już w II tomie, gdy z grupką przyjaciół założyła Towarzystwo Przyjaciół Avonlea) – daleka byłabym jednak od wyrokowania na podstawie tej akurat książki (trzy-cztery poprzednie tomy: jak najbardziej. Ale nie ten). Przyczyna jest prosta: ta książka wcale nie jest o Ani. Nie jest! Montgomery mnie oszukała. To zbiór opowiadań o ludziach z okolic Glen St. Mary, obficie (nuuuuudnoooo!) inkrustowany wtrętami na temat tego, jacy super-duper są Blythe’owie. Według książki ludzie ci oraz narrator(ka) mają w zwyczaju powoływać się na Blythe’ów – a zwłaszcza na panią Annę Blythe – w każdej sytuacji życiowej. Po ponad pięciuset stronach tekstów w stylu Radosne oczy Barbary Anny (…) zabłysły, gdy patrzyła na Pata, a na jej twarzy wykwitł szeroki, cudowny uśmiech, zupełnie jak u pani Blythe. (nawet nie musiałam kartkować książki, żeby to znaleźć – wystarczyło otworzyć na chybił-trafił) miałam szczerą ochotę wziąć siekierę i zamordować  nią całą ósemkę Blythe’ów (plus Zuzannę Baker). Do tego wstawki w formie „wieczorów”, czyli sztucznych dialogowych wtrętów – zapisów wieczorów, podczas których Ania czyta rodzinie swoją i Waltera poezję. Okropnie słabą, swoją drogą, ale konsekwentnie wprawiającą wszystkich słuchaczy w zachwyt.

W wyjątkowo trzeźwym i obiektywnym posłowiu do książki Benjamin Lefebvre ujął moje wrażenia tak, że sama bym tego lepiej nie zrobiła: Najwyraźniej Montgomery, nie potrafiąc lub nie chcąc napisać kolejnej powieści, postanowiła przejrzeć wcześniej wydane opowiadania (łącznie z kilkoma tekstami, których nie udało jej się opublikować), dopisać do nich wzmianki o rodzinie Blythe’ów i dołączyć do zbioru czterdzieści jeden własnych wierszy, po czym przypisać ich autorstwo Walterowi i Ani. Dodałabym, że kilka z tych opowiadań faktycznie nie zasługuje na wydanie, a kilka innych z powodzeniem można by wyrzucić także i z tego zbioru (np. po co w jednej książce aż dwa – a gdyby się uprzeć, to i trzy – opowiadania opierające się na prawie identycznym schemacie qui pro quo?). Co jednak najgorsze: większość z tych utworów to jakby moralizujące przypowiastki, niosące w sobie takie, ekhm, ekhm, postępowe mądrości jak: „dzieci potrzebują twardej męskiej ręki, inaczej nic dobrego z nich nie wyrośnie”, „kobiety uwielbiają być zdobywane”, „należy poprzestawać na małym i nie wygłupiać się z wybujałymi aspiracjami”, „postawa bierna i pokorna to gwarancja dobrego zamążpójścia” itd. Pierwsze opowiadanie – w którym zło i naprawdę wyjątkowa bitchiness zostają… nagrodzone – dawało pewną nadzieję. Kolejny przebłysk tejże nadziei dojrzałam w opowiadaniu, w którym bohaterka nie korzy się, lecz konsekwentnie trwa w swojej urazie (OK, uraza to nie jest bardzo pozytywne uczucie, ale przynajmniej daje oddech świeżego powietrza w tym słodkopierdzącym świecie). Potem już, już zacierałam ręce, gdy czytałam o dziewczynie z elit, która zamiast wychodzić za obrzydliwie bogatego, ale nieznanego sobie dziedzica, chce wyjść za ubogiego ogrodnika. Niestety, na samym końcu okazuje się, że ogrodnik to tenże dziedzic – chciał incognito wywiedzieć się, czy panna jest warta ożenku! Grr, mezaliansu nie będzie, grr, co za ulga, grr.

Najgorsze było to, że cały tom przeczytałam z myślą „no, w następnym opowiadaniu to już na pewno będzie coś faktycznie o Ani”. A tu – nie! Ania przewija się tylko w tle lub w rozmowach: jako doskonała matka, doskonała gospodyni, doskonała żona, doskonała piękność, doskonała swatka itd. Poza byciem obiektem porównań nie robi dosłownie NIC. No bo po co, prawda? Gdybym ja miała męża-lekarza i szóstkę dzieci, to też nic bym nie robiła, tylko siedziała i była obiektem zazdrości. Droga Lucy Maud Montgomery, bardzo mi przykro, że cierpiałaś na depresję i umarłaś od przedawkowania leków, ale oszukałaś mnie. Dla kasy za kolejną książkę zrobiłaś z mojej ukochanej Ani Shirley jakąś piekielną Bree Van de Kamp. Nie wybaczę.

Czytałam: Lucy Maud Montgomery, Ania z Wyspy Księcia Edwarda, Kraków 2011.

4 komentarze:

  1. Benjamin Lefebvre? To syn tego słynnego arcybiskupa?

    OdpowiedzUsuń
  2. Przecie nazwisko Lefebvre jest całkiem popularne, choć faktycznie przez działalność internetowych tradycjonalistów w Polsce kojarzony jest głównie biskup.
    A tymczasem http://fr.wikipedia.org/wiki/Lefebvre

    Coś z tej Ani czytałem jak byłem mały (już nie pamiętam co), ale absolutnie nie zamierzam w ten świat wracać.
    Za to przeczytałem lemowski "Pamiętnik znaleziony w wannie" i całkiem udany był, chociaż "Kongres" był jednak lepszy. Nie wiem czy na "Dzienniki..." się w te wakacje załapię.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mirek:
    Owszem, i ponoć wygląda to lepiej niż poprzedni kolor. Czemu dziwią włosy, a nikogo nie zgorszyło, że ja, mistrzyni wypieków, zmarnowałam sernik? :P

    Kacper:
    Internetowych tradycjonalistów? Ja przez całe gimnazjum musiałam słuchać mojego katechety narzekającego na sposób, w jaki z Lefebvrem obszedł się Jan Paweł II! No i bardzo mnie raduje, że przeczytałeś Lema :). Koniecznie poszukaj tych "Dzienników", zakochasz się.

    OdpowiedzUsuń