poniedziałek, 13 lutego 2012

Konkurentka "Piaskowej Góry" + zdjęcia zamiast notek

Jak już pisałam, ta okropna Kobieta poważnie zalazła mi za skórę. Pisałam też, że plasterkiem na głębokie rany mej duszy był Zbójecki gościniec Anny Brzezińskiej. Tak naprawdę jednak poczułam się uleczona dopiero wówczas, gdy przeczytałam Dziewczyny z Portofino Grażyny Plebanek.

Dziewczyny są jedną z tych książek, które poleciłabym mojej mamie (słyszysz, mamo? Masz przeczytać tę książkę!). To opowieść o czterech koleżankach z podwórka. Przeplatające się historie obejmują okres od momentu, gdy dziewczynki miały siedem lat (w okolicach roku 1975), aż po czas, gdy lat mają ponad dwadzieścia. I co też się przez ten czas nie dzieje! Nie mogę powiedzieć, żeby ta książka miała „fabułę”, jeżeli miałabym przez to słowo rozumieć „historię opowiedzianą w utworze” i streścić w paru zdaniach. To jest jedna z tych książek, o których się mówi, że są „o życiu” – i wyjątkowo nie można się śmiać, bo tak jest w istocie. Plebanek stara się sprawiedliwie rozdzielać rozmaite życiowe przypadki między cztery różne, wyraziście zarysowane osobowości. Mamy tu wszystko: od marzeń o komunijnej sukience, poprzez aborcje i pracę w burdelu aż po samodzielne macierzyństwo z wyboru.

Autorka podjęła ryzykowne zadanie napisania poczwórnej Bildungsroman – i jak na moje oko wywiązała się z niego dobrze i wiarygodnie. W dużej mierze za sprawą wyraźnie widocznej niechęci do prostych happy endów. Trzy z bohaterek składają papiery na studia? Za pierwszym razem dostanie się tylko jedna: to jest PRL, nie Seks w wielkim mieście. Czasem można odnieść wrażenie, że Plebanek wręcz stara się wplątać bohaterki w kolejne tarapaty, by poszerzyć wachlarz dziewczyńskich doświadczeń. Można by się w tym pogubić, gdyby nie dobrze zarysowane, wyraziste postaci (najbardziej przypadła mi do gustu Hanka) – tak wiarygodne i krwiste, że trudno opędzić się od myśli, iż nie mają pierwowzorek w rzeczywistości.

Co ujęło mnie w tej książce chyba najbardziej, to sposób, w jaki przedstawiona została przyjaźń dziewczyn. Jest ona obecna jako coś naturalnego – w spotkaniach, rozmowach, wspólnych wyprawach. Nie ma tutaj trzymania się za rączki, chichotów i wspólnego chodzenia na zakupy. Jest wspólne lanie się na podwórku, ucieczki z domu i nawet (ha!) towarzyszenie sobie przy porodzie (świetny epizod zresztą). A w finale (to chyba nie będzie wielki spoiler?) zamiast wyciskającego łzy odnalezienia Mr. Righta – pojednanie skłóconych przyjaciółek. Odnalezienie sensu nie w Jedzeniu, Modlitwie i Miłości (dzyń, dzyń, brzęczą pieniądze, dzyń, dzyń...), lecz w stopniowym osiąganiu celu, który się sobie zamierzyło.

Ach, gdyby jeszcze to było napisane tak doskonale jak Piaskowa Góra, miałabym nową kandydatkę na feministyczną epopeję początku XXI w. A tak: waham się. Piaskowa jest lepiej napisana, Dziewczyny są - jakby to okreslić? – może: „słuszniejsze ideologicznie”. Może kompromisowo powiedzmy, że nadal najbardziej na świecie kocham Chutnik i jej Kieszonkowy atlas kobiet.


A oto zdjęcia książek zrobione z myślą o napisaniu notek – ale jakoś tych notek nie napisałam. Więc wrzucam zdjęcia. Polecam wszystkie (choć każdą komu innemu).







Czytałam:
Grażyna Plebanek, Dziewczyny z Portofino, Warszawa 2005.

sobota, 11 lutego 2012

Byl wiedźmin, będzie wiedźma

Po tej strasznej Kobiecie Bator musiałam sobie zafundować potężną odtrutkę. A że nieubłaganie zbliża się koniec moich ferii-nieferii, podarunku dla studentów i studentek z okazji Euro 2012, przez dwa dni właściwie nie robiłam niczego poza czytaniem.

Na początek połknęłam Zbójecki gościniec Anny Brzezińskiej, z racji którego właściwie ta notka powinna mieć nagłówek „Gra w upokorzenie”. Jak się fandom dowie, że jeszcze do wczoraj nie przeczytałam żadnej książki Brzezińskiej, to mi akredytację na Pyrkon podniesie o sto procent i nie przyjmie mojej prelekcji o motywach menstruacyjnych w fantasy! Cóż, takie ryzyko pisania bloga. Co do Brzezińskiej zaś: to solidnie zrobiona (im głębiej w książkę, tym solidniej) fantastyka w stworzonym przez Sapkowskiego stylu „słowiańskim”. Widać tu zresztą wyraźnie zarówno próby odcięcia się od ASa, jak i rozliczne sapkizmy (choćby w ostatniej scenie) – jednak to najsilniejszy poeta polskiej fantasy.

Doceniam wyobraźnię Brzezińskiej: zarówno tę przejawiającą się w kreacji uniwersum (co prawda w większości ze starych cegiełek fantasy; ale i to sztuka, ze starych klocków nowy zamek ułożyć), jak tę, którą widać uroczych nazwach własnych: ciekawej mieszance „slawizowanych” imion i typowego tolkienoidalnego pitu-pitu (nie, drogie czytelniczki, nie jadę Tolkienowi: jadę jego epigonom i epigonkom, co to napłodzili tysiące Ellenarandrillów i Arandariel, bo imię fantasy z jakiegoś powodu musi mieć dużo samogłosek i spółgłosek płynnych).

Dodam, że fabuła – choć może miejscami trochę mętna – jest zajmująca, choć nie odbiega od klasycznego dla fantasy schematu „wybrańczyni wyrusza w drogę ku swojemu przeznaczeniu, po drodze ratuje świat przed zagładą i spuszcza łomot czarnym charakterom”. Ciężko jest mi powiedzieć, co z akcją, bo prawie cztery lata studiów polonistycznych odzwyczaiły mnie od czytania dla rozrywki – i już prawie nie umiem powiedzieć, czy książka jest ciekawa pod tym względem (co pewnie jest rodzajem kalectwa). Postaci barwne i często nietuzinkowe, zwłaszcza jaśminowa wiedźma bez imienia (i cały wątek „wiedźmiński”, jak to z przymrużeniem oka zapewne nazwała Brzezińska). Co jednak najbardziej mi się podoba, to wyraźna próba stworzenia nie tylko „słowiańskiej” fantasy, ale także – fantasy „kobiecej”. Dużo ciekawych bohaterek, z czego niejedna w typie badass, brak za to tak typowych dla naiwnej fantasy dla onanizujących się nastolatków orężnych panien w bikini z metalu. Dyskretne (mniej lub bardziej) feminizujące komentarze głównej bohaterki – miód na moje serce. Słowem: porządna fantastyczna robota. I może nie porwało mnie i nie zachwyciło, ale na pewno zadowoliło na tyle, że po drugi tom z przyjemnością sięgnę.

A jutro-dziś napiszę o drugiej książce, którą połknęłam, niech no się tylko wreszcie wyśpię.


Czytałam:
Anna Brzezińska, Zbójecki gościniec, Warszawa 1999.

czwartek, 9 lutego 2012

Fantazja pierogowa na słodko

Fantazja pierogowa na słodko, a może fantazja pierogów na słodko? Jakże właściwie nazywa się to danie, które zdecydowałam się zafundować sobie w barze mlecznym Pod Kuchcikiem, by pierwszym od ponad tygodnia prawdziwym obiadem ogrzać zmarznięty żołądek? Może jednak „fantazja pierogowa”, bo „fantazja pierogów” niepokojąco dodaje mojej ulubionej mącznej potrawie jakiegoś śladu świadomości – co czyniłoby z jedzenia jej czynność moralnie wątpliwą.

A zatem, gdy przedwczoraj zasiadłam Pod Kuchcikiem do mojej – wyglądającej nieźle, choć zalanej mało apetyczną pecyną rozpływającej się bitej śmietany – porcji fantazji pierogowej na słodko, moje przeczucia były naprawdę optymistyczne. A potem wzięłam do ust pierwszego fantazyjnego pieroga i okazało się, że pod sutą warstwą śmietany, cukru i polewy truskawkowej kryje się nadzienie ruskie. Auć. Nic to, pomyślałam, z zewnątrz wszystkie pierogi wyglądają tak samo, w kuchni się pomylili, trudno. Zabrałam się do kolejnego pieroga – i on także był ruski. I następny. I następny. Mniej więcej połowa porcji składała się z pierogów ruskich. Tak to jest, gdy próbuję odżywiać się może niekoniecznie zdrowo, ale przynajmniej regularnie, jęknęłam.

Podobnego uczucia – że miała być fantazja na słodko, a okazało się, że to ruskie z cukrem – doświadczyłam, czytając Kobietę Joanny Bator. Po „Piaskowej Górze” i „Chmurdalii” zasiadłam do lektury więcej niż pozytywnie nastawiona – a wstałam z poczuciem, że zostałam oszukana. Bator bowiem, choć jest poważną naukowczynią i fachowczynią od feminizmu, zafundowała czytelniczkom dość zwyczajny chick lit opakowany w pozłotko ważnych nazwisk i mniej lub bardziej ukrytych aluzji do humanistycznych lektur. Do tego jakoś tak niepokojąco przypominający My zdies’ emigranty Manueli Gretkowskiej, tyle że zamiast Marii Magdaleny jest Lou Andreas Salomé, zamiast biedowania – luksus i zamiast Francji – Polska (głównie).
Na moje szczęście czy też nieszczęście, czytając Kobietę przeczytałam też opracowanie mojego ulubionego profesora Czaplińskiego, w którym książkę tę wspomina. Rozpoznaje w nim ją jako próbę ukrycia esencjalizmu pod płaszczykiem deklaracji o performatywności płci (no dobra, to mój wniosek z jego wniosku: tak naprawdę pisze o tym, że autorka chciała stworzyć bohaterkę o płynnej tożsamości, a stworzyła istotę, która istnienie pewnie straciłaby, gdyby nie mocne oparcie w opozycji wobec Innego, jakim jest dla niej mężczyzna). Nic dodać, nic ująć: całą tę książkę czyta się z myślą, że autorka swoje feministyczne lektury przeczytała i zrozumiała, ale nie – przyswoiła. Przyznaję, jest w tym coś pociągającego: w tym geście odrzucenia, a może prawie wzgardy – na zasadzie „ha, czytałam Irigaray, ale najbardziej KOCHAM moje szpilki z wężowej skóry!”. To bezustanne podkreślanie „patrzcie, jak dobrze widzę, że tożsamość jest konstruktem” jest właściwie męczące: tutaj główna bohaterka, która średnio raz na pięć stron mówi, że „przebiera się za kobietę”, tam kolega-gej, który każde urodziny świętuje spektaklem The New Rocky Horror Picture Show; tu koleżanka spędzająca życie na internetowych flirtach, podczas których przybiera rozmaite maski (aż okazuje się, że najbardziej zafascynował ją facet, który okazuje się być jej bliskim znajomym), powracające opowiastki o transwestytach... Tak to natrętne, że aż nieprzekonujące.

Cała dygresyjna – i szczątkowa, zbudowana właściwie z serii mniej lub lepiej grających ze sobą anegdot (po prostu zabiła mnie opowieść o tym, jak to bohaterka adoptowała kota. Jęknęłam pod ciężarem zbędnej słitaśności: już drugą godzinę zastanawiam się, po co to było, i nadal nie wiem) -  fabuła kręci się wokół pytania: którego z dwóch pociągających mężczyzn ma wybrać bohaterka?  A może żadnego? A może rzucić wszystko w cholerę i lecieć do Japonii? A może jednak rzucić częściowo i lecieć z jednym z facetów? I taka to skomplikowana literatura.

Czyżby zatem należało czytać Kobietę jako prawdziwą, przemyślaną książkę postfeministyczną? Zważywszy, że ukazała się dziesięć lat temu? Czy faktycznie można uznać, że cały bagaż feministycznej teorii został przyswojony i oswojony, więc teraz możemy iść na zakupy i cieszyć się życiem? Zdaje się, że taka myśl przyświecała Bator. Byłaby to zatem książka morderczo wręcz przedwcześnie napisana. Cóż. Spójrzmy na to tak: jeżeli Kobieta była rozgrzewką przed wspomnianą już dylogią (co widać), a taż dylogia jest w 90% idealna, to nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na mającą się ukazać za dwa miesiące kolejną książkę Bator, która już na pewno powali mnie na kolana.




Czytałam:
Joanna Bator, Kobieta, Warszawa 2002.

czwartek, 29 grudnia 2011

Gra w upokorzenie, cz. 2: "Absolutna amnezja"

Są książki, które zna się tak dobrze, że nie trzeba ich czytać, by o nich rozmawiać (pozdrowienia dla Pierre'a Bayarda!). Po trzech latach studiów na polonistyce i kilku miesiącach na Gender Studies książką taką stała się dla mnie Absolutna amnezja Izabeli Filipiak. Przy odrobinie wysiłku mogłabym sobie wmówić, że już ją kiedyś przeczytałam - zwłaszcza że swego czasu ją kupiłam i leżała na półce na tyle głęboko ukryta pod stosami nowszych książek, że przypuszczenie nie byłoby, na pierwszy rzut oka, bardzo nieprawdopodobne. Ale, wstyd się przyznać, nie czytałam. Tylko nie mówcie nikomu, bo mnie wywalą z połowy studiów.

Czym stała się dla mnie Amnezja? Żeby przygotować grunt, powiem, że jestem jedną z tych osób, które uwielbiają realizm demoniczny z dzieciakami w roli głównej. Powieści Kinga, Panna Nikt, Weiser Dawidek, Alicja w Krainie Czarów, bajki braci Grimm - to mój klimat. Nie zdziwicie się pewnie więc, jeśli napiszę, że pierwszą moją refleksją o charakterze syntetycznym była "ooo, tak mogłaby wyglądać Panna Nikt, gdyby Tryzna był bardziej uświadomiony feministycznie!".

Absolutna amnezja to kalejdoskop horrorów: rodziny, kobiecości, dojrzewania, historii, literatury. To Boska komedia przepisana z perspektywy Marianny, głównej bohaterki powieści. To oskarżenie rzucone wszystkim tym, którzy mordują (w każdym sensie) dziewczynki. Nie chciałabym tutaj powtarzać tego, co tyle razy pisano na temat powieści Filipiak. Zakończę więc- wyjątkowo szybko, ale pewnie już zauważyłyście, że objętość notki nijak ma się u mnie do głębokości refleksji czy poziomu sympatii - najoryginalniejszą myślą, jaka mi się nasuwa: jak dobrze, że Marianna to nie ja.

Czytałam:
Izabela Filipiak, Absolutna amnezja, Warszawa 2006.

wtorek, 27 grudnia 2011

Wojna polsko-węgierska pod flagą sagi rodzinnej

Niedawno czytałam Lalę Jacka Dehnela, więc wiem, jak może wyglądać słitaśna opowieść o przodkini. Dehnel opisuje swoją babcię z zastosowaniem wyjątkowo irytującej interpretacji zasady sine ira et studio: trzyma się przyklepywania i ugładzania, i - broń Boże! - nieosądzania. Jakkolwiek to ostatnie może być uzasadnione (choć: a) wolę rzetelne przedstawienia z subiektywnym komentarzem od prób taniego "obiektywizmu"; b) czy w ogóle warto silić się na "obiektywizm" przy opisywaniu rzekomo najważniejszej postaci swojego życia?), to już pisanie jednym tonem o tym, że babcię dwukrotnie prawie zgwałcono, że była PRLowską urzędniczką, że zdradzała męża, pomagała wszystkim potrzebującym i była wszechstronnie utalentowana wywołuje we mnie reakcję typu "eeee?". Poza tym Dehnel wdzięczy się do czytelniczki tak bardzo, jakby mu zależało tylko na tym, żeby rzecz mi się podobała. Figa, nic z tego

Zupełnie inaczej jest ze Staroświecką historią Magdy Szabó, "jedynej słynnej Węgierki" (wiem, inner jokes na blogu to trochę nietakt). Zadziwiające, jak podobnie skonstruowane są te powieści. Tak podobnie, że aż podejrzewałabym tu jakiś rodzaj inspiracji - chyba muszę jeszcze raz przeczytać Lalę w poszukiwaniu wskazówek wpływologicznych.

Załóżmy jednak, że Lali nie znacie (bo że któraś czytała Staroświecką jest jeszcze mniej prawdopodobne), ogółem więc: wnuk (córka) opowiada historię swojej babci (matki), od korzeni począwszy aż po - znaczące - swoje własne (wnuka/córki) narodziny. W obu przypadkach mamy zatem do czynienia z zawłaszczeniem historii: Dehnel kradnie historię swojej babki, której ona nie zdążyła za życia spisać; Szabó opowiada właściwie wbrew woli matki, która wyraźnie nie życzyła sobie podobnego dłubania w jej życiu. Co sprawia, że Lalę czytałam z uczuciem cukro-mdłości, a Staroświecką z przyjemnością i niejaką satysfakcją?

To proste. Obie powieści stanowią próbę zarazem rozliczenia z własnymi korzeniami jak i zbudowania literackiej (dosłownie i w przenośni) genealogii. Dehnel robi to poprzez nieco niesmaczne w swej ostentacji odwołania do szlachectwa rodziny i inteligenckość bardzo á la rodzina Borejków, a także całą plejadę słynnych nazwisk-ozdobników. Szabó łączy z nim fakt, iż oboje widzą w sobie coś jakby realizację projektu, przekazywanego poprzez pokolenia wraz z genami. O ile jednak Dehnel czuje się z tym bosko i przyjmuje m swoje - wcale nie takie piękne - dziedzictwo z całym dobrodziejstwem inwentarza i niejako bez zastrzeżeń, o tyle Szabó, chłodna i znacznie mniej pozująca na intelektualistkę a bardziej nią będąca, postrzega rzecz raczej jako brudne wykopaliska i kłopotliwe dziedzictwo niż cenną błyskotkę, którą można szpanować (szpanowanie jest w książce Dehnela bardzo ważne, na wielu poziomach; powiedziałabym, że szpanowanie jest zasadą kompozycyjną tej powieści).

Różnicę w podejściu widać już na poziomie metody: Szabó oprócz tego, że zna mówioną wersję historii, którą przekazała jej matka, prowadzi też badania źródłowe, na podstawie których  rekonstruuje historię swojej rodziny; Dehnel opiera się na opowieściach babci. Szabó, prowadząc narrację "historyczną", z reguły trzyma się ciągu wydarzeń: podporządkowując narrację wymogom męskiego następstwa przyczyny i skutku. Dehnel także przykrawa kłębiącą się opowieść babci do tych ram, ale jego gest wywołuje we mnie opór tym większy, że robi to świadomie (pamiętajmy, że powieść Szabó wyszła w 1977 roku).

Odbieranie głosu to rzecz wyjątkowo brzydka, chyba się zgodzicie. I dlatego jestem za Szabó, która ironicznie, prawie szyderczo, ale jednak stara się tego unikać, a przeciw Dehnelowi, który z ogromnym samozachwytem to robi.


Czytałam:
J. Dehnel, Lala, Warszawa 2006.
M. Szabó, Staroświecka historia, przeł. K. Pisarska, Warszawa 1981.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

O prezentach książkowych (notka spóźniona)

Ponieważ siedzę w pokoju z ojcem oglądającym jakąś nową polską komedię z całą plejadą gwiazd, które z uporem godnym lepszej sprawy grają całą plejadę idiotów (o ile się orientuję, jednym z węzłów intrygi jest bohaterka, która udaje mężczyznę, dorysowawszy sobie kredką do oczu bródkę a la Żmijewski i mówiąc przez nos); ponieważ choinka znów nie świeci, choć wczoraj w pocie czoła sprawdziłam kilkadziesiąt cholernych lampek, by w końcu znaleźć TĘ JEDNĄ, która raczyła nie stykać; ponieważ nie spałam wczoraj do szóstej rano, bo choć oglądany w nocy Donnie Darko mnie zachwycił, to jednak nie dałam się przekonać, że Frank (królik-z-czaszką) nie pojawi się za oknem, gdy tylko zamknę oczy; ponieważ pobyt w domu nieodmiennie jest dla mnie czasem spadku szeroko pojętej produktywności, a ten świąteczny najbardziej ze wszystkich; ponieważ przeczytałam w GW intrygującą radę, by wymyślić sobie coś fajnego, co zawsze chciało się robić, i robić to codziennie przez 30 dni, aż wejdzie w nawyk - postanowiłam (po raz pierwszy odkąd moje skądinąd i tak porywające życie wypełniły po brzegi cztery kierunki studiów) napisać notkę na blogu. Ha. Tak się składa, że temat się sam nasuwa - Boże Narodzenie, a książkowe prezenty to rzecz warta omówienia. 

Nie wiem jak Wy, ale ja zazwyczaj stosuję prostą zasadę: kupuję książki, które czytałam, a zamawiam takie, których nie czytałam (w moim domu panuje może mało romantyczny, ale wielce praktyczny zwyczaj pisania "listów do Dzieciątka"). W tym roku zafundowałam więc mojej siostrze Piaskową Górę Joanny Bator (wydawnictwo W.A.B., jakkolwiek nie lubię cię za brzydkie obejście się z "B.", za wznowienie do jakiegoś czasu prawie nieosiągalnej dotąd Piaskowej jestem ci wdzięczna), a od Dzieciątka dostałam Rolanda Barthesa Rolanda Barthesa: jeszcze świeży szpan lansiarskich humanistek; lubię to.Moi rodzice dostali odpowiednio: mama - rewolucyjną autobiografię Danuty Wałęsy pod potwornym tytułem Marzenia i tajemnice" tata - Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny Podróże małe i duże.

I teraz, żeby zrozumieć, o co mi w ogóle chodzi, musimy się cofnąć w czasie prawie równo o rok: do chwili, gdy z K. trafiłam podczas imprezy sylwestrowej do pokoju, w którym na stole leżały Good night, Dżerzi Janusza Głowackiego i RockMann Wojciecha Manna w stanie wskazującym na nieprzeczytanie (na drodze morderczo logicznego rozumowania dochodzimy do wniosku: prezenty bożonarodzeniowe!). Co wręczenie komuś książek z empikowej TOP 20 mówi o osobie obdarowującej i osobie obdarowywanej?

No cóż. Przede wszystkim, że obdarowujący/a raczej jest nieczytający/a, natomiast święcie wierzy w sankcję metafizyczną vox populi, czyli: nie wiem, co to jest, ale skoro tylu ludzi to kupiło, to musi być dobre. Zarazem jednak jest to osoba urocza w tym, że chce kupić książkę zamiast kierować się starą mądrością "pewnie już jedną ma". I to jest słodkie. Podejrzewam, że taka osoba musi się czuć w księgarni tak, jak ja ostatnio w sklepie Militaria.pl - ale to nie zmienia faktu, że jest urocza. A co można powiedzieć o osobie obdarowanej? Ha! Otóż n-i-c. Wiecie dlaczego? Bo prezent "książka z TOP 20" jest mniej więcej tak osobisty i, hm, spersonalizowany, jak zestaw kosmetyków z Rossmanna. Pomysł szlachetny, wykonanie chybione. Kościół bez Boga, powiedziałby Mickiewicz. Czekolada bez cukru, powiedziałaby Ew.

Zaraz, zaraz, powiecie, i to pisze osoba, która dała błogosławieństwo na kupienie rodzicom Wałęsy i M&M? Ano, tu się teoria sypie. Cała moja żeńska rodzina chciała przeczytać Marzenia i tajemnice - i pewnie nie tylko moja, skoro książka prawie natychmiast po ukazaniu się wskoczyła na pierwsze miejsce wszystkich list wydawniczych przebojów. Podróże, jak właśnie sprawdziłam, są trzecie w empiku. No ale ojciec uwielbia Manna i Maternę! Rodzinne oglądanie "emdeem" to jedno z najwcześniejszych moich wspomnień z dzieciństwa! To kupować te hity czy ich nie kupować?...

Jako kryptohipsterka odpowiadam: kupować bestsellery zanim staną się bestsellerami. Gdy tylko odgadnę, jak to robić, napiszę specjalną notkę.

niedziela, 2 października 2011

O tym, jak mnie cholera wzięła - albo znamy laureata Nike 2011


Czytałam Pióropusz Mariana Pilota. I prędzej zjem własne klapki niż przyznam, że to lepsza książka niż - żeby daleko nie szukać - Obsoletki Bargielskiej albo Chmurdalia Bator.

O ile jestem w stanie zrozumieć, że ogół czytelniczy z łezką w oku zagłosował na autora tych lektur szkolnych, których się nie czyta ze zgrzytaniem zębów i łzami frustracji - podobno zresztą Mrożek zwyciężył dosłownie kilkoma głosami ze Stasiukiem, czyli kolejnym obiektem nostalgicznych westchnień pokolenia dzisiejszych prawie-że-czterdziestolatków - o tyle za nic nie pojmuję, czemu wybrano Mariana Pilota. Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Czytam laudację Borkowskiej i chyba nadal nie rozumiem.

Podsumowanie? Tegoroczna Nike przechodzi do historii pod znakiem wspomnień starszych panów. Nic to. Czekam na Nobla.