niedziela, 24 lipca 2011

O książkowych porządkach (fotoreportaż naiwny)

Przed chwilą udało mi się skończyć porządki na największej z moich półek z książkami. Akcja zajęła pięć godzin – każdą książkę z osobna przetarłam, przewietrzyłam, ułożyłam według rozmiaru i podzieliłam na kategorie: studia – beletrystyka polska vintage – beletrystyka zagraniczna vintage – literatura faktu i okolice – książki nowe nie-na-studia – feminizm i okolice. Przy okazji tego dość ogólnego podziału policzyłam mój dobytek i okazało się, że na tej jednej półce mam ok. 220 - 230 woluminów. Cóż, to naprawdę duża półka. 




Ponieważ żyjemy w czasach słuchania piosenek a nie płyt, z pewnością znacie to uczucie, kiedy szufla wrzuca coś w waszym odtwarzaczu i myślicie sobie: „Hm, niezłe. Ciekawe co to?”. Ja w każdym razie mam tak dość często. Podobnego uczucia doświadczyłam, sprzątając na półce: znalazłam mnóstwo książek, co do których w ogóle zapomniałam, że je mam. Po prawdzie to wręcz zdziwiłam się, że mam tyle potencjalnie świetnych pozycji, których nigdy nie czytałam, a mimo to kilka razy w tygodniu zjawiam się w jednej z bodaj sześciu bibliotek, do których jestem zapisana. Bez sensu? Ależ nie, to bardzo logiczne.

Rzecz w tym, że najczęściej kupuję/podkradam (z wystawianych w bibliotekach stoisk „książki za złotówkę”) książki, a potem ich nie czytam. Czytam książki wypożyczone z biblioteki, ponieważ one wyznaczają mi deadline: miesiąc na przeczytanie. Nie czytam własnych, skoro mam (przeważnie) kilkanaście wypożyczonych – bo przecież na czytanie własnych zawsze znajdę czas, prawda? Choćby na emeryturze. Czasem zdarzają się sytuacje, w których czytam kupioną/podkradzioną książkę od razu – np. gdy jest ona lekturą na studia albo nową pozycją mojego ulubionego autora czy autorki. Są to jednak sytuacje sporadyczne: zazwyczaj znoszę do domu nowe książki nie dlatego że ich potrzebuję, tylko dlatego że czuję, że po prostu muszę je mieć.

Wniosek z tego, że porządki – oprócz zamęczenia mnie prawie na śmierć, bo przerzucenie ponad dwustu książek to nie jest lekka robota – dostarczyły mi mnóstwa rozrywki. Poniżej kilka przykładów, które uznałam za w jakiś sposób reprezentatywne.

Po pierwsze: mam parę książek, o których co prawda wiedziałam, że je mam - i wiedziałam, skąd się na mojej półce wzięły – ale zupełnie o tym zapomniałam. I tak okazało się, że w moim księgozbiorze zaplątał się utwór Andrzeja Rodana – znanego tym, które widziały świetny film Mama, tata, Bóg i Szatan – o wdzięcznym tytule Okolice porno shopu.


Ponieważ ze względów bezpieczeństwa ułożyłam książki w kolumny według formatu (co pozwala mieć nadzieję, że nie posypią mi się na głowę, jak to się raz zdarzyło), po remanencie Rodan sąsiaduje z Lemem i Kuśniewiczem.

Ten Lem to zresztą ciekawa sprawa, bo o nim też zupełnie zapomniałam. A okazuje się, że to pierwsze wydanie (Iskry 1959), gratka dla podobnych mi lemofilek. Ciekawe, ile jeszcze mam takich białych kruków i nawet o tym nie wiem. BTW, Eden to jedna z moich ulubionych książek Lema, więc satysfakcja jest podwójna.



Nie znam francuskiego, ale kocham Simone de Beauvoir, więc te Les belles images też po prostu musiałam mieć. Na szczęście czytałam już to po polsku.


Zbieram książki z różnych miejsc. Ta potencjalnie fascynująca pozycja leżała swego czasu na takim, hm, płotku w moim akademiku. Nigdy jej nie przeczytałam, więc dopiero przy sprzątaniu zauważyłam znajdującą się na czwartej stronie okładki wyraźną deklarację ideologiczną poprzedniego właściciela bądź właścicielki.




Uwielbiam książki z obrazkami. Przy okazji porządków odkryłam zresztą u siebie ślady mojej dawnej pasji zbierania starych, pięknie ilustrowanych książek dla dzieci (mam np. urocze Narodziny obłoczka Sztaudyngera). Burkę, która bynajmniej nie jest dla dzieci, przywiozłam z tegorocznej wizyty u rodziny w Stuttgarcie. Jest rozbrajająca – miałam ją pokazywać wszystkim znajomym, ale jakoś zeszła mi z oczu.


Znalazłam też parę książek z mojego politycznego Sturm und Drang Periode: przykład poniżej. (Nie, nie uważam, że Michnik jest komunistą, wstrętne prawaki. Po prostu chwyciłam takie dwa tomy!)


 Jak zwykle z przyjemnością spojrzałam na potrójny autograf na moim egzemplarzu genialnego Kieszonkowego atlasu kobiet Sylwii Chutnik. Pani Sylwia podpisała się na nim trzy razy, na trzech różnych spotkaniach autorskich, odpowiednio: dla mnie, mojej matki i mojej siostry. Ha.


I tyle - żeby nie mnożyć przykładów ponad potrzebę. A tak wygląda efekt końcowy. Jak na mnie: zatrważająco podobny do obrazu wyjściowego, tyle że lżejszy o jakiś kilogram kurzu. I uporządkowany.




poniedziałek, 18 lipca 2011

O dystopii, która zjada własny ogon

Ustalmy pryncypia: 451o Fahrenheita Raya Bradbury’ego to z pewnością książka „raczej ważna niż raczej dobra”. Jest w niej mnóstwo nieścisłości (niepalne domy ulegają spaleniu!), psychologicznych dróg na skróty (przemiana bohatera dokonuje się w tempie więcej niż ekspresowym) i bombastycznego stylu (Drzewa w górze z suchym szelestem spuściły swój suchy deszcz). A jednak pomysł, który ją nakręca, jest niesamowity: w jego świecie specjalnie powołane oddziały tzw. strażaków zajmują się paleniem książek, by żadna niepokorna myśl nie zbłądziła pod strzechy – co ma się przyczynić do zapewnienia powszechnego spokoju i szczęśliwości. Ponieważ krytyczne myślenie zostało zakazane, intelektualiści powoli wymierają - bądź tworzą intelektualną partyzantkę (dosłownie! w lasach!). A nad tym wszystkim wisi widmo atomowej zagłady, jak to w powieściach sci-fi z lat pięćdziesiątych.  

 Nie mam wątpliwości, że Bradbury napisał beletrystyczne rozwinięcie idei, które zawarł Jose Ortega y Gasset w Buncie mas (nazwisko filozofa pada zresztą pod koniec: jedna z „żywych książek” to właśnie jego dzieło). Nastąpiło to, co dzieje się teraz choćby w Polsce: zbuntowały się masy, które nie chcą być niepokojone całym tym książkowym hokus-pokus, bo wolą w spokoju oglądać Taniec z gwiazdami (u Bradbury’ego to show Białego Klauna). Dobra, straszny banał: tyle wie nawet ten, kto książki nigdy nie czytał . Napiszę więc o czym innym.

Otóż u Bradbury’ego interesujące jest to, jak przyrost samoświadomości głównego bohatera, Guya Montaga, łączy się z odzyskaniem kontroli nad własnym ciałem. Początkowo Montag postrzega swoje zachowania jako „moje ręce zrobiły”, „nogi prowadziły mnie”, „oczy zwróciły się ku”, natomiast im bardziej zdaje sobie sprawę z ogromu dotychczasowej nieświadomości, tym bardziej odzyskuje kontrolę nad swoim ciałem. Interesujące: zacznij myśleć, przestaniesz być robotem? Czy może raczej: bez czytania nie ma pełni człowieczeństwa? 

Co jednak najsmutniejsze, w tej książce intelektualiści nie dość, że pochwalają przemoc, to jeszcze najwyraźniej są na tyle słabi i niezaradni, że być może faktycznie lepiej byłoby skazać ich na wyginięcie? Argument o miażdżącej przewadze liczebnej mas powinien być nieistotny dla tego, kto uważa, że dysponuje ogromną potęgą inteligencji i erudycji? Gdzie byli intelektualiści, gdy zaczęto palić pierwsze książki? Schowali się, pisze Bradbury. Well. No to chyba są sami sobie winni, czyż nie tak? I, co najważniejsze: czy możliwość westchnienia "jaka piękna katastrofa!" usprawiedliwia niezaangażowanie?


Czytałam: Ray Bradbury, 451o Fahrenheita, przeł. A. Kraska,Warszawa 1993.

czwartek, 7 lipca 2011

Piłsudski 2.0

Wczoraj obejrzałam z mamą Przypadek Kieślowskiego. Choć jestem głęboko przekonana, że wszystkie to już widziałyście po pięć razy, pokrótce przypomnę: student medycyny Witek (Bogusław Linda parę lat starszy ode mnie), któremu dopiero co umarł ojciec (przekazując ostatnie słowa: – Nic nie musisz. – Czego nie muszę? – Niczego.), biegnie na pociąg do Warszawy. I tutaj historia się roztraja: poznajemy trzy wersje jego dalszych losów - różne w zależności od tego, czy Witek dobiegnie, czy też nie.  

Wnioski nienowe, jak sądzę: człowiek uwikłany jest w miliardy tego rodzaju przypadków, które niejednokrotnie decydują o całym przyszłym życiu jednostki. Przypadek jest tutaj główną zasadą kompozycyjną fabuły (jeśli można to tak nazwać; coś mi się wydaje, że nie): przypadkiem zostawione na biurku klucze, przypadkowa wizyta u starszej pani, przypadkowy seks. A na koniec: wielkie memento przypadku - przypadek jako fatum (pojęcia fatum i przypadku, jakkolwiek pozornie sprzeczne, doskonale się zgadzają: można to udowodnić nawet na przykładzie greckich tragedii). No, nie mogę więcej powiedzieć o zakończeniu, bo to będzie spoiler. Wracając jednak do koncepcji losu: spostrzeżenie, że wszechświat jest deterministyczny, ale chaotyczny, jest nienowe – za to wykorzystanie tej koncepcji, by pokazać zamotanie jednostki w polityczne zależności ciężkich lat siedemdziesiąto-osiemdziesiątych, zadecydowało o wybitności filmu (który ma gwiazdkę jakości mojego Mighty And Powerful Promotora jako najlepszy jego zdaniem film tego reżysera). Słowem: niech te, co jeszcze nie obejrzały, koniecznie obejrzą.

Podobna koncepcja losu - tutaj ponadjednostkowego, zwanego dalej „historią” – występuje w zbiorze opowiadań Xavras Wyżryn i inne fikcje narodowe rzekomej reinkarnacji Stanisława Lema: Jacka Dukaja. Temat "dlaczego nie uważam Dukaja za następcę Lema?" to materiał na osobną notkę. Ale: długo musiałabym pisać, gdybym chciała opisać wszystkie zawarte w tomie utwory, skupię się więc na tytułowym Xavrasie.

Kocham historie alternatywne (i steampunk! Ale tu nie ma steampunku...). A ta jest genialna: zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby się tak Polacy kiedyś na serio wzięli do odzyskiwania niepodległości? Na serio: łącznie z takimi subtelnymi środkami jak wysadzenie Moskwy atomówką? Tytułowy Xavras Wyżryn – który i z temperamentu, i z wyglądu jest, jak dla mnie, takim Piłsudskim, jaki Piłsudski nigdy nie był - to człowiek, który od urodzenia wygląda, jakby miał krew na rękach (mutacja pigmentu skóry). Jest terrorystą i watażką (nazwijmy go „partyzantem”), który nie cofnie się przed niczym, by doprowadzić do odzyskania niepodległości Polski, która w 1996 roku nadal jest pod rosyjską okupacją. I nie cofa się: a dlaczego może się nie cofać, tego znowu nie powiem, bo za spoilery powinno się obcinać paluchy. 

Dodam jeszcze, że Dukaj rozprawia się z naszymi narodowymi kompleksami przedmurzo-mesjasza narodów w sposób, który mi wyjątkowo odpowiada, czyli bez szczególnego pastwienia się nad polską cepeliadą (nie żebym uważała, że nie ma się nad czym pastwić: po prostu - ileż można?). I powiem, że pomysł połączenia dwóch archetypicznych dla polskości postaci: Wodza i Wieszcza jest genialny. Ge-nial-ny. A wszystko to oparte właśnie na mojej ulubionej wizji świata, głoszącej, że tenże jest – jak już pisałam – deterministyczny, ale chaotyczny. Wiecie: motyl w Amazonii machając skrzydełkami może wywołać tornado na drugiej półkuli itd.

Jedno, co u Dukaja mnie nie zachwyca, to porównania; tak kiepskie nieraz, że nie przebaczyłabym ich nawet internetowym dyletantom pseudopisarskim – a co dopiero pisarzowi, którego wydaje Wydawnictwo Literackie! (które puściło do druku książkę, w której jest „hojny” przez „ch”… Sic transit gloria mundi…) Próbka: (…) mimo iż nie zdjął swych okularów, czarnych jak krzyk kruka. No błaagaam.

Na koniec: Dukaj pisze o wieszczu w utworze, w którym obficie cytuje wiersze Zbigniewa Herberta. Cóż, nie mogę się nie zgodzić.

Czytałam: J. Dukaj, Xavras Wyżryn i inne fikcje narodowe, Kraków 2004.

poniedziałek, 4 lipca 2011

O nieznanej książce znanego poety

Skończyłam sesję, obroniłam licencjat, wywiązałam się ze wszystkich czasochłonnych zobowiązań - nadchodzą tłuste miesiące Na Poczytaniu. Miałam nawet nadzieję, że ta notka będzie pierwszą w historii bloga "drugą notką miesiąca” (vide Archiwum po prawej), ale znienacka zrobił się lipiec - i przepadło. Nic to.

Na dziś wybrałam dla Was smakowity kąsek. Otóż po raz kolejny już przekonałam się, że warto zwracać uwagę na  absolutnie-nic-nie-mówiące tytuły książek (a nieraz i nazwiska autorów/autorek) wzmiankowane w podręcznikach do historii literatury polskiej, tzw. dużych cegłach*. Ucząc się do egzaminu natrafiłam na uwagę o fantastycznej powieści pod tytułem Dwa końce świata, której autorem jest nie kto inny, a znany i lubiany (choć spośród skamandrytów chyba najbardziej zapomniany) poeta Antoni Słonimski.

Napisałam „powieść”, a to chyba za duże słowo (choć przysięgłabym, że posłużył się nim autor podręcznika): wspomniany utwór jest raczej dużym (120 stron) opowiadaniem. Traktuje o tym, jak to pewnego dnia niejaki Hans Retlich (czytaj w lusterku) ogłosił, że za niecały miesiąc dokona zagłady całej ludzkości za pomocą tajemniczych Niebieskich Promieni. Mianuje się nowym Noem i zapowiada, że jego metoda będzie skuteczniejsza niż tandetnie urządzony przez żydowskiego boga legendarny potop. Dodam, że rzecz dzieje się w roku 1950, wyszła w 1937 - wiecie, o co chodzi? Potem wydarza się dużo różnych ciekawych rzeczy, których zdradzać nie będę, bo to jest miniesej na temat literacki a nie streszczenie na Ściądze. 

Nie wierzę, że nie znacie skeczy Sarah Silverman  czy Źródła wszelkiego zła Jacka Kaczmarskiego. Taak, utwór Słonimskiego reprezentuje ten sam typ humoru – powiedziałabym wręcz, że momentami przyćmiewa Silverman jeśli chodzi o poziom drastyczności dowcipu (choćby taki kawałek: Zaczęło się [wyrzucanie Emericha z partii nazistowskiej – przyp. Ew.] od zgwałcenia nieletniej Niemki. Czyn ten został napiętnowany w poufnej naganie, ale Emerich coraz częściej dopuszczał się gwałtów nad dziećmi obojga płci. Wszystko to nie doprowadziłoby jednak do usunięcia z partii, gdyby nie fatalny przypadek, że jedna ze zgwałconych dziewczynek miała babkę Żydówkę. Ujawnienie tego faktu stało się końcem kariery Emericha.).

Cały utwór skrzy się zresztą inteligentnym humorem – wiadomo, Słonimski. Ale, jak się okazuje na końcu, to był humor wyrażający tylko dystans, a nie – optymizm. Na końcu bowiem inteligent broniący wysokich wartości (postać literacka zawsze bliska memu sercu, a tu jeszcze wyjątkowo sympatyczna) ponosi typowo polską porażkę (to mogę zdradzić). Czyli: pokonali go realnie, ale moralnie zwyciężył. 

Prorok jaki, czy co? 


* Fascynujący fakt z życia polonistki: najważniejsze podręczniki do HLP (historii literatury polskiej) dzielą się na duże cegły (które po prawdzie bardziej niż cegły przypominają pustaki czy wręcz wielką płytę) i małe cegły (które są dużymi cegłami przystosowanymi do używania przez ludzi).

PS
Właśnie zauważyłam, że dziś 35. rocznica śmierci Słonimskiego. To pańskie zdrowie, panie Słonimski!


Czytałam: A. Słonimski, Dwa końce świata, Warszawa 1991.

czwartek, 23 czerwca 2011

Krótka historia pewnej miłości

Nie pamiętam już okoliczności, w których sięgnęłam po pierwszą książkę Stani... stop. Ta historia nie może się tak zacząć. Chciałam uniknąć patosu, ale już trudno - cios gumowym kurczakiem zniosę z godnością. To od początku.

Byłam małą dziewczynką - najwyżej pięcioletnią, pewnie młodszą. W sypialni rodziców znalazłam żółtą książkę, a w niej niesamowite rysunki. Widok postaci z urwaną nogą wspierającej się na kulach wstrząsnął mną do głębi (it's a cliché!, ale to prawda!): nigdy go nie zapomniałam. Jezu, nie wyobrażacie sobie, jak mi tego robota - bo robot to był, to było widać - było strasznie żal. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że to była jedna z wyraźniejszych emocji mojego dzieciństwa: żal, że ten robot taki biedny i z urwaną nogą. Ej, byłam naprawdę małym dzieciakiem, tak? Nie śmiać się! 

Dobrych parę lat później, już jako zapalona czytelniczka w wieku gimnazjalnym, postanowiłam odszukać książkę, która mnie tak okrutnie skrzywdziła. W dzielnicowej bibliotece trafiłam na nią szybko, nie pamiętam już nawet - sama czy z pomocą bibliotekarki. Domyślacie się? Oczywiście:

[Obrazek wzięty bez pytania z miejsca, na które wskazuje URL]

Cyberiada Stanisława Lema, z legendarnymi ilustracjami Daniela Mroza. To czytała kilka lat wcześniej moja mama (fanka sci-fi, jak się okazało). To ta książka była źródłem mojej dziecięcej traumy - i mojej młodzieńczej fascynacji. Czy muszę dodawać, że nie minęło wiele czasu do chwili, gdy przeczytałam wszystko, co z Lema oferowała nasza biblioteka?

Bardzo długo miałam taką jazdę, że Lem umrze. Wiecie: za każdym razem, gdy dowiadywałam się o śmierci jakiejś znanej osoby, myślałam: "no tak, Lem będzie następny". Co nie zmienia faktu, że gdy pewnego razu - a był to 27 III 2006 r. - wróciłam ze szkoły i usłyszałam od matki Tę Straszną Nowinę - nie mogłam uwierzyć. No bo JAK TO? Swoją drogą: o tym, że zwagarowałam ze szkoły (pierwszy raz w życiu!), by pojechać na pogrzeb, rodzice dowiedzieli się dopiero kilka lat później.

Napisałam "trauma z dzieciństwa", zabawmy się więc w psychoanalizę. Wiem, że już było dość rzewnie, ale sorry. Otóż tak się fatalnie - okropnie - koszmarnie zdarzyło, że dorastałam pozbawiona  bezcennej instytucji: dziadka. Właściwie chorowałam na swego rodzaju kompleks dziadka (Boże, dziękuję ci, że nie sięgnęłam wówczas po książki Musierowicz; jakże inne byłoby teraz moje życie). Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, dobrze wiem, że kiedyś (chyba do dziś, nie oszukujmy się) Lem był dla mnie takim zastępczym dziadkiem. No. 

Nie myślcie jednak, że piszę to wszystko, żeby wycisnąć z Was łzy, czytelnicy i czytelniczki. Piszę to tutaj, bo parę tygodni temu z okazji zajęć z historii literatury polskiej powtórzyłam lekturę Solaris  (zajęcia wypadły beznadziejnie, btw). I wiecie co? Natchnęło mnie to do stworzenia uniwersalnej, zawsze działającej, odpowiedniej dla każdego gatunku literackiego klasyfikacji książek. Ciekawe, czy ktoś przede mną na to wpadł? Otóż słuchajcie: wszystkie książki można przyporządkować do jednej z dwóch grup:

I. Książki, które stawiają pytania,
II. Książki, które dają odpowiedzi.

I tyle. Proste, azaliż nie? Nie muszę chyba dodawać, że Solaris jest genialną reprezentantką grupy I, skądinąd w ogóle - imho - lepszej. Gdy myślę o książkach, które dają odpowiedzi, pierwszym, co przychodzi mi do głowy, jest twórczość Kalicińskiej. Choć nie tylko: wrzuciłabym tu też bitników, Coelho, Sienkiewicza, Żeromskiego, Kochanowskiego, Horacego...

Solaris to zagadka. Nie pytajcie mnie, co ja przez to rozumiem. Niby-ocean wymyka się moim ułomnym (z pamięcią o Lemie chciałoby się napisać: białkowym), ludzkim klasyfikacjom. Żadna hipoteza nie wytrzymuje w starciu z planetą Solaris. I dobrze. Bo gdy zrozumiemy Solaris - przestaniemy być ludźmi.

Czytałam: S. Lem, Solaris, Warszawa 2008.  

sobota, 14 maja 2011

Muffiny i Nagroda NIKE - pierwsze starcie

Tak się złożyło, że dzień ogłoszenia nominacji do NIKE 2011 niemal zbiegł się z dniem, w którym po raz pierwszy upiekłam muffiny. To nie może być przypadek. Bo widzicie, niektórzy noszą szaliki tego czy innego klubu piłkarskiego, inni oglądają skoki narciarskie czy wyścigi rozmaitych pojazdów - ja natomiast śledzę nagrody literackie i to jest mój ulubiony sport. A wiecie, jakie teraz są przekręty w sportach.

Muffiny spiskowe tak dobre, że mogą
się schować magdalenki Prousta
(przepis z Kwestii Smaku)
Teraz poważnie: jury NIKE dało mi w tym roku ciężki orzech do zgryzienia. Na liście znalazły się dwie książki, które zrobiły na mnie największe wrażenie od czasu Kieszonkowego atlasu kobiet Sylwii Chutnik - w kategorii "premiera", oczywiście. Są to: Obsoletki Justyny Bargielskiej (nie wiem, dlaczego wszyscy czepiają się w nich akurat wątku poronienia - jest wyrazisty, ale sprowadzać całą książeczkę tylko do tego to wyrządzić jej dużą krzywdę) oraz Chmurdalia Joanny Bator. Od razu powiem, że Chmurdalię uznaję za Książkę, Na Którą Czekałam (pisałam już o tym oczekiwaniu - a sama książka, czy raczej dylogia, zasługuje na osobną notkę i doczeka się jej). Mamy do tego Karpowicza z robiącymi wrażenie (na mnie: przede wszystkim objętością i odwagą, sorry) Balladynami i romansami. I to tyle, jeśli chodzi o nominowane książki znane mi z lektury.

Gdybym miała obstawiać, powiedziałabym, że statuetka w tym roku przypadnie prof. Głowińskiemu za Kręgi obcości. Nie czytałam (wstyd), ale ta książka - jako coming out chyba najbardziej znanego polskiego polonisty - była szeroko omawiana. W kategoriach cokolwiek pozaliterackich, prawda. Nie zdziwi mnie też wybór Dzienników Mrożka, choć przyznawanie statuetki pisarzowi, który dawno już odsunął się od polskiego życia literackiego i pewnie jedyne, na czym mu teraz zależy, to święty spokój - byłoby dość jałowe. Ale cóż,  jury NIKE nie ma w zwyczaju pomijać przy nagradzaniu "szkolnych" (czyli takich, których utwory większość społeczeństwa zna z podręczników) pisarzy i pisarek. Mój stosunek do tego procederu jest cokolwiek ambiwalentny: bo co takiemu Miłoszowi czy Różewiczowi da kolejna nagroda? Oni i tak na wieki wieków (amen) pozostaną w historii polskiej literatury i jedna statuetka tego nie zmieni. A przecież niekoniecznie piszą zawsze najlepsze książki - i cała rzecz wygląda tak, jakby czasem nagroda była wręczana za najgłośniejsze nazwisko a nie za najważniejszą książkę.

I żeby było jasne: nie postuluję tutaj jakiegoś handicapu dla młodych zdolnych nieznanych. Może tylko - wzniesienie się ponad nawyki myślowe.  Bo to nieprawda, że dobra książka obroni się sama: panie i panowie, w czasach, gdy cieniutkie książeczki kosztują 30 zł a 62% Polek i Polaków w ciągu ostatniego roku nie miało kontaktu z ani jedną książką - żadna ambitna pozycja nie obroni się sama.

Dodam, że jeśli coś mnie zaskakuje na tej liście, to to, iż trafiły tu aż dwie z trzech książek nominowanych do tegorocznych Paszportów Polityki - mam nadzieję, że to próba naprawienia krzywdy wyrządzonej Bargielskiej na rzecz Karpowicza.

Podsumowując:
NIKE 2011 pojedynczej czytelniczki Ew. otrzymuje:  
Chmurdalia Joanny Bator
NIKE 2011 (prawdziwą) otrzymają:  
Kręgi obcości Michała Głowińskiego
NIKE 2011 czytelników i czytelniczek GW otrzyma:   
Zrób sobie raj Mariusza Szczygła

Tyle pierwszych impresji. We wrześniu poznamy siódemkę książek-finalistek - ciekawe, czy mój ranking przejdzie chociaż ten etap, czy może zmuszona zostanę do modyfikacji. A jakie są Wasze typy?

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

O tym, jak wzięłam się za młodą poezję

Niedawno pewna firma produkująca podpaski zaczęła ozdabiać swoje produkty uroczymi esami-floresami na powierzchni, której NIGDY NIKT oprócz mnie nie zobaczy. Łzy wzruszenia stanęły mi w oczach: poczułam się jak kobieta z reklamy, której wreszcie proszek Śnieżynka wyprał skarpetki na tak białą biel, że aż oślepiają. Boziu! Wreszcie ktoś zrobił coś tylko dla mnie! 

Podobnego uczucia doświadczam za każdym razem, gdy odnajduję literacką perełkę, o której dobrze wiem, że w promieniu tysiąca kilometrów jestem prawdopodobnie jedyną osobą, która to w ogóle weźmie do ręki. Nie mówiąc o przeczytaniu. Czuję się tak, jakby autor(ka) szeptał(a) mi czule a intymnie do uszka swe strofy bądź linijki - głaszcząc mnie jednocześnie po głowie. Jakby zrobili kanapki i przynieśli mi je do łóżka właśnie wtedy, gdy tak bardzo nie chce mi się wstać - czyli zawsze. Jakby wyprasowali za mnie spódnicę, wyszorowali umywalkę, zdjęli włosy ze szczotki i nawet przetarli podłogę za lodówką. No, słowem, czuję się dopieszczona.

Jakże wielka była moja radość, gdy w czeluściach Internetu trafiłam na twórczość młodego (młodszego ode mnie!) poety, Damiana Nowickiego. Niestety, próbka jest niewielka - zaledwie pięć niedługich wierszy - ale coś każe mi przypuszczać, że są one reprezentatywne dla całości. Otóż rubiny te, te szmaragdy a ametysty poezji polskiej to: Wyznanie Mefistofelesa, Bóg, Świat, Ludzie, Nieśmiertelność, Piękna Czerń i Słońce. Jeśli przyjąć powyższe jako matrycę, to można przypuszczać, że dalsze utwory nazywałyby się: Czarna Róża, Płomienie, Zmierzch Bogów, Śmierć Aniołów, Słonecznik itd., aż do Zaprzepaszczonych Sił Wielkiej Armii Świętych Znaków (jak widzicie, bezczelnie pozwalam sobie zachować manierę pisania każdego słowa wielką literą). Ale dość o tytułach.

Pierwszy utwór, Wyznanie Mefistofelesa, to monolog liryczny – bezpośredni, sataniczny, przy tym śliczny. Podmiot wypowiada się na temat swych planów przejęcia władzy nad światem. Całość napisana została tak, żeby dała się zaśpiewać na melodię To Pinky, to Pinky jest i Mózg, Mózg, Mózg, Mózg… i sugeruje, że wkrótce zostaniemy uraczone prozą - może i samego Nowickiego? - pod tytułem Kod Mefistofelesa.

Drugi i mój ulubiony, Bóg, Świat, Ludzie, to chyba sonet. Tak mi się wydaje, ale nie mogę wykluczyć, że kombinacja „dwie kwadryny – dwie tercyny” jest przypadkowa. Inspiracje ewidentnie nietzscheańskie, ale - znów nie mogę wykluczyć, że autor sam na to wpadł. Z całości warto zapamiętać mądrość Cały ten świat niewiele jest wart, / Gdy goni niby oszalały chart. Nawet gdy pominąć niebagatelny ciężar intelektualny tej maksymy, pozostaje jeszcze walor w postaci interesującego rymu. Tuwim pluje sobie w brodę przy okazji przewracania się w grobie.

W Nieśmiertelności Nowicki z wysokości swojego imponującego 21-letniego doświadczenia rozważa tematy eschatologiczne, takie jak: życie, śmierć, nieśmiertelność, sąd i tak dalej. Poeta omawia tutaj skomplikowany problem: jak to jest, że człowiek nie jest nieśmiertelny, choć w sumie trochę jest, nawet, gdy nie jest. Pozostawia go nierozstrzygniętym, co jest genialnym chwytem mającym na celu zachęcenie czytelniczki do poszukiwania odpowiedzi w dalszych utworach. 

A następny wiersz to Piękna Czerń. Jest bardzo mroczny, albowiem zawiera słowa napisane po łacinie. Poza tym jest mroczny także z tego powodu, że traktuje o samotnej jednostce w tłumie. Oczywiście jednostka jest dużo lepsza od tłumu - przede wszystkim dlatego, że tłum krzyczy, a jednostka dyszy. Hm, nie, moment, jednostka też krzyczy. Cholera, no i posypała mi się interpretacja.

Ostatni – ale przecież nie: najgorszy! – utwór to Słońce. Jest to wiersz napisany w formie hymnu  z wyraźnymi wpływami Litanii loretańskiej i teorii Kopernika. Bardzo cenię sobie akurat ten utwór, jako że przypomniał mi on, że Słońce jest gwiazdą. Poza tym autor jest lepszy od Mickiewicza, bo gdzie Mickiewicz napisał Kochajmy się!, tam autor dodał Kochajmy się / I niech świat złotem się rumieni. A Słowacki dopisałby zapewne: Bądź zdrów! - A tak się żegnają nie wrogi / Lecz dwa na słońcach swych przeciwnych – bogi

Czym i ja zakończę – Ew., bogini (i bogdanka).


Czytałam: wybór z poezji Damiana Nowickiego na stronie ZLP (oddział w Poznaniu). Zainteresowanych i zainteresowane odsyłam także do wywiadu z autorem.