Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 grudnia 2012

O starych książkach chyba dla dziewcząt

OK, może nie jestem najbardziej płodną ze znanych mi blogerek, ale wierzcie, że co książka, to myślę o notce. A ostatnio czytam chyba jeszcze więcej i jeszcze namiętniej niż zwykle (i, rzecz zagadkowa, coraz wolniej), więc biedne Na Poczytaniu cybernetyczne uszy nieraz pewnie piekły, gdy marudziłam, że "o tej książce na pewno będzie notka!" (nie było, cóż). 

Z tego miejsca pragnę pozdrowić wszystkie moje koleżanki od miesięcy czekające na zwrot książek, które obiecałam oddać "za parę dni, gdy o nich napiszę na blogu".

Teraz jednak dopiero co skończyłam Rajską jabłoń, drugą część tzw. "dylogii warszawskiej" Poli Gojawiczyńskiej - pierwsza część to słynne, cudowne, najlepsze Dziewczęta z Nowolipek. I o tych dwóch książkach chciałabym teraz właśnie.

Anegdota mode on. Będąc małą dziewczynką byłam przekonana, że tytuł pierwszej części powinno się czytać mniej więcej jak Dziewczęta z Novoly Peck i że jest to powieść prawdopodobnie amerykańska, którą pewnie wyobrażałabym sobie jako coś na kształt Samobójczyń Eugenidesa, gdybym to będąc małą dziewczynką czytała. Anegdota mode off. Młodociana lektura Dziewcząt ominęła mnie - za moich czasów nie czytało się już tego w szkole - i do powieści Gojawiczyńskiej dorwałam się dopiero na V roku studiów. Takie już mam lagi; Musierowicz też przeczytałam dopiero po maturze, Bogini dzięki.

Zaprawdę powiadam, wiele feministycznych rzeczy czytam i oglądam, ale od dawna nie miałam w rękach niczego, co byłoby taką feministyczną bombą jak Dziewczęta i Rajska jabłoń (każda inaczej, ale Dziewczęta bardziej, jeżeli któraś lubi sobie postopniować). Od razu można się domyślić, dlaczego nie omawia się ich w szkołach.

Nie chcę tu streszczać fabuł - zresztą wiecie, że prawie nigdy tego nie robię - więc napiszę tak: dylogia Gojawiczyńskiej to książki o dobrych i złych, toksycznych i budujących, luźnych i bliskich więziach kobiecych. Samo w sobie byłoby to jeszcze zaledwie protofeministyczne, gdyby nie wyraźny sygnał, że te więzi są bardzo ważne ("istotne i ważne", jak mawia jedna z moich prowadzących), najważniejsze. Mężczyzna może odejść do innej albo wykorzystać cię jako przystanek na drodze do kariery, ale przyjaciółka zawsze zje z tobą ziemniaka z solą, mówi nam Gojawiczyńska. A mówi to bez kiczowatego girl power (nie mam nic do idei girl power, wspieram i lubię, ale to, co zrobiła z nią popkultura, sprawia, że najtrwardszej riot grrrl irokez by opadł), bez sielankowości i uroczości częstej u "książek o dziewczynkach". I tylko nie zrozumcie mnie źle: afirmatywne powieści kompensacyjne to to nie są. Wręcz przeciwnie: gdy zaczyna się bajka, od razu czujemy, że skończy się źle. I tak się kończy: Nowolipki to coś, z czego niełatwo jest wyjść żywą. Przetrwają te, które uniezależnią się od mężczyzn: Cechna, po odejściu od niewiernego męża wykonująca arachnologiczny zawód projektantki/krawcowej i samotnie wychowująca córkę, oraz Kwiryna - jedyna, której dane było doświadczyć tzw. prawdziwej miłości - która żałobę po mężu obraca w zapał "społecznikowski" (cudzysłów, bo środowisko społeczników - a raczej społecznic - jest w Rajskiej jabłoni dość złośliwie sportretowane). Kobiety, pozostawcie po sobie coś poza nagrobkiem "była nabożną i przędła", mówi autorka. Co ciekawe, nie ma tu ani jednego portretu szczęśliwej pani domu - ani na pierwszym, ani na dalszych planach.

Cała ta dobrość jest nam podana na pulsującym życiem tle międzywojennej Warszawy, jasnym, nienarzucającym się stylem, zręcznie radzącym sobie zarówno z motywami zaczerpniętymi z powieści brukowej jak i subtelną analizą psychologiczną, z wyraźnie zarysowanymi charakterami bohaterek, których - jak w życiu - nie można ani całkiem lubić, ani całkiem odrzucić. Do tego - jeśli którąś to zachęca - muszę przyznać, że spłakałam się jak głupia; taka moja kobieca katharsis. 


Z nawiązań intertekstualnych: na tle swoich wielkich poprzedniczek Dziewczyny z Portofino (o których kiedyś pisałam) jeszcze zyskują (Grażyno Plebanek, gdzie jest Rajska jabłoń 2.0? Czekam!). Za to straciła Sylwia Chutnik, do której notki na temat Gojawiczyńskiej w Warszawie kobiet zajrzałam jeszcze ocierając łzy i smarki: za dużo Chutnik, za mało Gojawiczyńskiej.


Czytałam: Pola Gojawiczyńska, Dziewczęta z Nowolipek (wydanie elektroniczne pochodzenia nieznanego), eadem, Rajska jabłoń, Warszawa 1970.

piątek, 23 września 2011

Majtki bez rozcięcia w kroku albo mam problem z Klaudyną

Mam problem z Klaudyną. Ta tytułowa bohaterka klasycznej pozycji literatury perwersyjnej, cyklu o Klaudynie autorstwa niezrównanej Colette, przyprawia mnie o istny ból głowy. Nie wiem bowiem, czy uznać ją na równi z Pippi czy Anią z Zielonego Wzgórza za ikonę literatury dziewczyńskiej i poniekąd wzór do naśladowania, czy też – wręcz przeciwnie – potępić i skazać na zapomnienie. Dobra, żartuję. W życiu nie dałabym żadnej z książek z serii o Klaudynie dziewczynce w wieku odpowiednim do czytania książek o Pippi*.

Klaudyna ma lat piętnaście i uczy się w wiejskiej szkole. Mieszka w malowniczym miasteczku-wiosce Montigny, gdzie całymi dniami hasa po lasach, co jest jej ulubionym zajęciem. Drugim ulubionym zajęciem Klaudyny jest prowadzenie perwersyjnych, sadystycznych gierek ze wszystkimi dookoła. Bo musicie wiedzieć, że Klaudynka jest ponadprzeciętnie inteligentna, pyskata, nieźle oczytana (głównie w literaturze uważanej za nieodpowiednią dla jej wieku), wcale ładna i – jakkolwiek fatalnie by to nie zabrzmiało w odniesieniu do piętnastolatki, ale to specyfika powieści – bardzo pociągająca, szczególnie dla dużo starszych mężczyzn i koleżanek o skłonnościach do, hm, poddaństwa. Lolita beta, słowem: trzęsie wszystkimi.

Niby-dzienniki Klaudyny, jakimi są Klaudyna w szkole i Klaudyna w Paryżu to lektura niezwykle wciągająca, choć i włosy na głowie jeży. Jeśli cokolwiek może nam się skojarzyć z żeńskim oddziałem wiejskiej szkoły opisywanej przez narratorkę, to tylko stado wilczyc, gotowych zagryźć się za byle drobiazg. Ponadto kobiecy światek to pole szalejącej autodestrukcji: dziewczynki z lubością jedzą i piją rzeczy, które są absolutnie niejadalne (wymienić warto choćby rozmaite artykuły papiernicze). Każdy, nawet najdrobniejszy mankament ciała jest natychmiast dostrzegany i bezlitośnie piętnowany. Szkoła jest sceną wielu wydarzeń, z molestowaniem seksualnym włącznie, najrzadziej widzimy tam rzetelną naukę. Dziewczynki gryzą się, biją, drapią, kopią, całują, obserwują romans nauczycielek i romansują między sobą, a przy okazji, właściwie mimochodem, przygotowują się do egzaminu nauczycielskiego (taak, te złote czasy, gdy nauczycielką zostawało się w wieku lat szesnastu). Klaudyna zdaje go, oczywiście, bardzo dobrze. Wkrótce potem przenosi się do Paryża, gdzie, oczywiście, jedyną dalszą jej edukacją jest edukacja sentymentalna do zaręczyn włącznie.

Brzmi to okropnie i właściwie byłoby zupełnie okropne, gdyby nie ogromna, przemożna witalność, jaka jest w tych dziewczynkach. Robią odrażające nieraz rzeczy (Łusia, zauroczona Klaudyną dziewczynka, zostaje kochanką-utrzymanką własnego starego i obleśnego wuja), ale zawsze kieruje nimi chęć osiągnięcia czegoś więcej. Chcą czegoś, to sięgają po to. A poza tym nie są uroczymi dziewczątkami-laleczkami; przypominają raczej Marysię z Kieszonkowego atlasu kobiet Chutnik. To diablątka, a to jest bardzo ożywcze w literaturze z początku XX wieku. Z drugiej strony ich energia, właściwie czyste libido rozmaicie kanalizowane, nakierowana jest z reguły na podobanie się i uwodzenie, ewentualnie na podporządkowywanie sobie innych zamiast na jakąkolwiek działalność twórczą. A to nie jest krzepiące. Trudno nie myśleć o głównej bohaterce jako o postaci stworzonej, by starzy faceci  gustujący w młódkach mieli o czym fantazjować. A jednak nie da się odmówić jej uroku, a zwłaszcza - wspaniałego, ciętego poczucia humoru i zmysłu obserwacji. I ciężko jej nie lubić.

Czytałam: Colette, Klaudyna w szkole. Klaudyna w Paryżu, przeł. K. Dolatowska, Warszawa 1975.


* A poznańska księgarnia Bookarest umieściła wznowioną ostatnio Klaudynę w szkole w dziale "literatura dziecięca". Serio.

niedziela, 18 września 2011

Uwagi na marginesach Sagi o wiedźminie

Jak już napisałam poprzednio, przed chwilą [notka pisana 16 IX wieczorem] skończyłam trzecie czytanie Sagi o wiedźminie (ach, to jeszcze z czasów, gdy „Saga” nie równała się „Zmierzchowi”) Andrzeja Sapkowskiego. Otarłam łzy, zaparzyłam sobie melisę na uspokojenie i zasiadłam do komputera.

Trzeba Wam wiedzieć, że o ile podczas ostatniej lektury – gimnazjalnej chyba – złamała mnie dopiero wzmianka o mignięciu płowego warkocza Milvy w finałowej scenie (pamiętam to jak dziś), tak teraz z narastającą intensywnością chlipałam przez ostatnich kilka rozdziałów. Powodem tego może być przybór doświadczenia życiowego bądź moje tabletki hormonalne, tak czy siak fakt trzeba odnotować in plus nastrojotwórczych zdolności ASa polskiej fantasy.

Co różni lekturę człowieka 22-letniego od lektury człowieka nastoletniego? Cóż, z pewnością nie tylko metry bieżące łez. Przede wszystkim szczerze zdziwiło mnie, i to jest myśl przewijająca się przez całość procesu czytania, jak bardzo liberalno-lewicowy jest nastrój Sagi (to zabawne, bo wydawało mi się, że szczytowy punkt ideologicznego Sturm und Drangperiode osiągnęłam w gimnazjum, a potem już stopniowo mądrzałam). Tych siedem (liczę z opowiadaniami) tomów to jakby jeden wielki pean na cześć bycia porządnym człowiekiem, solidnej roboty i działania raczej drogą eliminacji różnych „zeł” niż buńczucznych czynów moralnego superherosa in spe. A przy tym mamy tu cały wachlarz tematów, które są wciąż żywe w dyskursie lewicowym: od globalnego ochłodzenia (słynne Białe Zimno) i degradacji środowiska, poprzez aborcję i rodziny rekonstruowane aż po rasizm. A to tylko drobna część. I wszystko to potraktowane jest – jako rzekłam – z solidną dozą trzeźwego liberalnego podejścia. Wow.

Dalej: od czasów gimnazjalnych przeczytałam niejedną książkę fantasy i naprawdę doceniam to, że Sapkowski wykreował świat tak żywy, że prawie namacalny. Bo sorry – szanuję choćby przysłowiowego Tolkiena, ale go nie lubię, bo pisał bajki i alegorie. A u Sapkowskiego wszystko żyje, jest funkcjonującym organizmem ze swoimi systemami i obiegami, zdrowiem i chorobami (przykład: Krajobraz był typowo powojenny. Wśród pól wyrastały ni z tego ni z owego mogiły i kurhany, wśród bujnej wiosennej trawy bielały czerepy i szkielety. Na przydrożnych drzewach wisieli wisielcy, przy drogach, czekając na śmierć głodową, siedzieli nędzarze. Pod lasem, czekając, aż nędzarze osłabną, siedziały wilki). Jeśli Sapkowski opisuje wojnę, to nie jest to mityczne starcie Dobra ze Złem, bo u niego i to Zło ma jakieś swoje uzasadnione racje, i Dobro nieraz brzydko pachnie. Tak samo jest zresztą z bohaterami i bohaterkami: nie znajdziesz takiej postaci, która nie ma na swoim koncie niczego, czego powinna się wstydzić. Strasznie to banalnie brzmi, pewnie, ale kto czytał Sapka ten wie, że nie opisuje on inkarnacji idei, tylko istoty, które mają idee.

Ponadto nie można nie cenić Sapkowskiego za doskonałą postmodernistyczną grę z rozmaitymi kliszami fantastyki i literatury w ogóle. Nieraz spotykamy coś, co skądś znamy, ale przewrotnie odmienione: elfy nie są takie super, jak zawsze były, leśna chatynka może okazać się siedliszczem pedofila-ludojada, światem rządzą nie Żydzi i masoni, a czarodziejki, błędni rycerze błądzą za żołd i tak dalej. A i finałowa scena z barką trąci jakby Tolkienem, czyż nie? Nie ona jedna zresztą. Że nie wspomnę o absolutnie boskiej przeróbce bajek i baśni, jaką są tomy Ostatnie życzenie i Miecz przeznaczenia. No i o kryptocytatach. Wymieniać można długo, a wniosek jest jeden: Saga to nie tylko świadectwo talentu, ale i nadzwyczajnej erudycji.

À propos trącenia: ogromną, ogromną i po raz trzeci ogromną zaletą Sagi jest unikanie tego, czego nie znoszę choćby w powieściach Pratchetta: łatwych analogii. To nie jest tak, że – jak nieraz próbowano sugerować – Sapkowski przeniósł nasz świat do świata fantasy. On twórczo wykorzystał elementy naszej rzeczywistości, by w rzeczywistość fantasy ją wcielić. I tak wielka wojna Północy i Nilfgaardu to nie jest po prostu II wojna światowa, tylko wszystkie wojny po trochu; pogrom w Rivii to nie jest Jedwabne, tylko ekstrakt ze wszystkich pogromów. Elfy, krasnoludy i niziołki to nie są Żydzi, tylko „po prostu” mniejszości; Oxenfurt to nie jest tak sobie Oxford – to sama idea Akademii. Czego jak czego, ale języka ezopowego tutaj nie uświadczysz. Nie w takiej formie, do jakiej jesteśmy przyzwyczajone.

Następna rzecz, wynikająca właściwie z poprzedniej, to rzadkie posługiwanie się prostackimi aluzjami do współczesności. Jest to rzecz bardzo śliska i bardzo łatwo jest mi się zrazić do powieści fantasy, która coś takiego uskutecznia. Przez „prostackie aluzje do współczesności” rozumiem np. czytelne nawet dla idiotów odtwarzanie pewnych popularnych w danym czasie memów bądź aluzje do znanych aktualnie postaci. Pod niewprawnym piórem zmienia się to w żenadę, koszmar i w ogóle pisarstwo Pilipiuka. Na szczęście Sapkowski unika tego, pozwalając sobie na sporadyczne wyraźniejsze aluzje (Krasnolud – zapluty karzeł zdrady). Pewnie, niektóre postaci wykazują cechy, na podstawie których można próbować doszukać się ich odpowiedników w rzeczywistości - ale nie mają one przy okazji jakichś baaardzo subtelnie sugestywnych imion typu Bill The Gate. (Nie lubię Pratchetta. Bardzo.)

Zapewne Sadze można coś zarzucić. Szczerze powiedziawszy: nie wiem, co. Dla mnie to utwór fantasy idealny. Cykl, który po prostu trzeba pokochać, bez względu na preferencje czytelnicze. Jedno z najwyższych osiągnięć polskiej prozy lat 90. i zdecydowanie najwyższe osiągnięcie polskiej fantasy (są tacy, którzy uważają, że lepsza jest Trylogia husycka tegoż ASa. Nie zgadzam się: Saga, w przeciwieństwie do Trylogii, trzyma poziom od początku do końca). I co jeszcze? Może to, że na własnych palcach jestem w stanie policzyć książki, które przeczytałam trzy razy. A w tym siedem należy do cyklu wiedźmińskiego.

Czytałam: A. Sapkowski, Saga o wiedźminie i opowiadania (tj. Ostatnie życzenie, Miecz przeznaczenia, Krew elfów, Czas pogardy, Chrzest ognia, Wieża Jaskółki, Pani Jeziora), Warszawa 1992 – 1999.

czwartek, 28 lipca 2011

O dwóch zdradzonych dziewczynkach


To nie mógł być przypadek, że jednego dnia ufarbowałam włosy na rudo, kupiłam wydany niedawno ostatni tom mojej ukochanej serii o Ani z Zielonego Wzgórza i totalnie zepsułam potencjalnie genialny sernik (cóż, przynajmniej nie dodałam do niego kropel walerianowych).


Nadjedzony sernik-katastrofa: metafora ostatniej książki L. M. Montgomery

 Niedawno wróciłam do książek o Ani. Po latach czyta się je jeszcze lepiej. Przeczytałam co prawda tylko Anię z Zielonego Wzgórza i Anię z Avonlea (skądinąd najlepsze chyba tomy serii), ale to wystarczyło, by na nowo poczuć tamten klimat. Przede wszystkim: to jest dobrze, żywo napisane (pomijając egzaltowane opisy przyrody – ale niech tam, one też tworzą nastrój). Zwłaszcza pierwszy tom obfituje w celne zdania, które teraz – po latach – nasuwają mi skojarzenia jakby z Jane Austen.  Ponadto te książki to niesamowity miszmasz ideologiczny: z jednej strony mamy Anię, która jeszcze w I tomie z powodzeniem mogłaby kandydować na ikonę wczesnego feminizmu, z drugiej – rozmaite instancje hamujące i ograniczające rozwój dziewczyńskiej osobowości, niejako strażników i strażniczki „prawdziwej kobiecości” (tfu): choćby panią Małgorzatę Linde. Ta sama pani Linde zresztą poważnie interesuje się polityką – choć nie angażuje się w żywy już wówczas w Kanadzie ruch na rzecz przyznania kobietom praw wyborczych. Z jednej strony są Cuthbertowie, którzy uważają, że edukacja Ani jest najważniejsza – nawet do rzadkiego u kobiet na początku XX wieku magisterium; z drugiej strony – państwo Barry, którzy sądzą, że ich córce Dianie wystarczy tyle wiedzy, ile nabędzie w prowincjonalnej szkółce.  Z jednej strony mamy wiele empowering przykładów singielek (scil. „starych panien”), z drugiej: Montgomery robi wszystko, żeby te najfajniejsze okazy nagrodzić końcem staropanieństwa, czyli upragnionym (jak się okazuje) zamążpójściem (vide panna Lawenda). I tak dalej, i tak dalej. A ponadto zauważmy, że Ania przecież zostaje adoptowana przez dwoje ludzi żyjących de facto w związku partnerskim (Cuthbertowie są przecież rodzeństwem), tworząc z nimi nic innego, jak bardzo współczesną rodzinę rekonstruowaną. Do tego gdy Maryla adoptuje bliźnięta swojej dalekiej krewnej, a po śmierci męża na Zielone Wzgórze wprowadza się pani Linde, dom Cuthbertów staje się… prawdziwą kobiecą komuną! No dobra, to żart. Ale wiecie, o co mi chodzi. Podsumowując: tak to w swej najpopularniejszej serii Montgomery radośnie miesza postawę reakcyjną z tym, co nazywam pełzającą emancypacją.

W ostatnim numerze Wysokich Obcasów Extra Grażyna Plebanek w szkicu na temat Ani z Wyspy Edwarda napisała ostro: Montgomery udupiła Anię. Jakkolwiek rozumiem rozżalenie pisarki – też wolałabym, żeby Ania, zamiast wychodzić za Gilberta i rodzić jedno po drugim siedmioro dzieci, została sufrażystką i poświęciła się walce o prawa kanadyjskich kobiet (zapędy społecznikowskie ujawniła wszak już w II tomie, gdy z grupką przyjaciół założyła Towarzystwo Przyjaciół Avonlea) – daleka byłabym jednak od wyrokowania na podstawie tej akurat książki (trzy-cztery poprzednie tomy: jak najbardziej. Ale nie ten). Przyczyna jest prosta: ta książka wcale nie jest o Ani. Nie jest! Montgomery mnie oszukała. To zbiór opowiadań o ludziach z okolic Glen St. Mary, obficie (nuuuuudnoooo!) inkrustowany wtrętami na temat tego, jacy super-duper są Blythe’owie. Według książki ludzie ci oraz narrator(ka) mają w zwyczaju powoływać się na Blythe’ów – a zwłaszcza na panią Annę Blythe – w każdej sytuacji życiowej. Po ponad pięciuset stronach tekstów w stylu Radosne oczy Barbary Anny (…) zabłysły, gdy patrzyła na Pata, a na jej twarzy wykwitł szeroki, cudowny uśmiech, zupełnie jak u pani Blythe. (nawet nie musiałam kartkować książki, żeby to znaleźć – wystarczyło otworzyć na chybił-trafił) miałam szczerą ochotę wziąć siekierę i zamordować  nią całą ósemkę Blythe’ów (plus Zuzannę Baker). Do tego wstawki w formie „wieczorów”, czyli sztucznych dialogowych wtrętów – zapisów wieczorów, podczas których Ania czyta rodzinie swoją i Waltera poezję. Okropnie słabą, swoją drogą, ale konsekwentnie wprawiającą wszystkich słuchaczy w zachwyt.

W wyjątkowo trzeźwym i obiektywnym posłowiu do książki Benjamin Lefebvre ujął moje wrażenia tak, że sama bym tego lepiej nie zrobiła: Najwyraźniej Montgomery, nie potrafiąc lub nie chcąc napisać kolejnej powieści, postanowiła przejrzeć wcześniej wydane opowiadania (łącznie z kilkoma tekstami, których nie udało jej się opublikować), dopisać do nich wzmianki o rodzinie Blythe’ów i dołączyć do zbioru czterdzieści jeden własnych wierszy, po czym przypisać ich autorstwo Walterowi i Ani. Dodałabym, że kilka z tych opowiadań faktycznie nie zasługuje na wydanie, a kilka innych z powodzeniem można by wyrzucić także i z tego zbioru (np. po co w jednej książce aż dwa – a gdyby się uprzeć, to i trzy – opowiadania opierające się na prawie identycznym schemacie qui pro quo?). Co jednak najgorsze: większość z tych utworów to jakby moralizujące przypowiastki, niosące w sobie takie, ekhm, ekhm, postępowe mądrości jak: „dzieci potrzebują twardej męskiej ręki, inaczej nic dobrego z nich nie wyrośnie”, „kobiety uwielbiają być zdobywane”, „należy poprzestawać na małym i nie wygłupiać się z wybujałymi aspiracjami”, „postawa bierna i pokorna to gwarancja dobrego zamążpójścia” itd. Pierwsze opowiadanie – w którym zło i naprawdę wyjątkowa bitchiness zostają… nagrodzone – dawało pewną nadzieję. Kolejny przebłysk tejże nadziei dojrzałam w opowiadaniu, w którym bohaterka nie korzy się, lecz konsekwentnie trwa w swojej urazie (OK, uraza to nie jest bardzo pozytywne uczucie, ale przynajmniej daje oddech świeżego powietrza w tym słodkopierdzącym świecie). Potem już, już zacierałam ręce, gdy czytałam o dziewczynie z elit, która zamiast wychodzić za obrzydliwie bogatego, ale nieznanego sobie dziedzica, chce wyjść za ubogiego ogrodnika. Niestety, na samym końcu okazuje się, że ogrodnik to tenże dziedzic – chciał incognito wywiedzieć się, czy panna jest warta ożenku! Grr, mezaliansu nie będzie, grr, co za ulga, grr.

Najgorsze było to, że cały tom przeczytałam z myślą „no, w następnym opowiadaniu to już na pewno będzie coś faktycznie o Ani”. A tu – nie! Ania przewija się tylko w tle lub w rozmowach: jako doskonała matka, doskonała gospodyni, doskonała żona, doskonała piękność, doskonała swatka itd. Poza byciem obiektem porównań nie robi dosłownie NIC. No bo po co, prawda? Gdybym ja miała męża-lekarza i szóstkę dzieci, to też nic bym nie robiła, tylko siedziała i była obiektem zazdrości. Droga Lucy Maud Montgomery, bardzo mi przykro, że cierpiałaś na depresję i umarłaś od przedawkowania leków, ale oszukałaś mnie. Dla kasy za kolejną książkę zrobiłaś z mojej ukochanej Ani Shirley jakąś piekielną Bree Van de Kamp. Nie wybaczę.

Czytałam: Lucy Maud Montgomery, Ania z Wyspy Księcia Edwarda, Kraków 2011.

poniedziałek, 18 lipca 2011

O dystopii, która zjada własny ogon

Ustalmy pryncypia: 451o Fahrenheita Raya Bradbury’ego to z pewnością książka „raczej ważna niż raczej dobra”. Jest w niej mnóstwo nieścisłości (niepalne domy ulegają spaleniu!), psychologicznych dróg na skróty (przemiana bohatera dokonuje się w tempie więcej niż ekspresowym) i bombastycznego stylu (Drzewa w górze z suchym szelestem spuściły swój suchy deszcz). A jednak pomysł, który ją nakręca, jest niesamowity: w jego świecie specjalnie powołane oddziały tzw. strażaków zajmują się paleniem książek, by żadna niepokorna myśl nie zbłądziła pod strzechy – co ma się przyczynić do zapewnienia powszechnego spokoju i szczęśliwości. Ponieważ krytyczne myślenie zostało zakazane, intelektualiści powoli wymierają - bądź tworzą intelektualną partyzantkę (dosłownie! w lasach!). A nad tym wszystkim wisi widmo atomowej zagłady, jak to w powieściach sci-fi z lat pięćdziesiątych.  

 Nie mam wątpliwości, że Bradbury napisał beletrystyczne rozwinięcie idei, które zawarł Jose Ortega y Gasset w Buncie mas (nazwisko filozofa pada zresztą pod koniec: jedna z „żywych książek” to właśnie jego dzieło). Nastąpiło to, co dzieje się teraz choćby w Polsce: zbuntowały się masy, które nie chcą być niepokojone całym tym książkowym hokus-pokus, bo wolą w spokoju oglądać Taniec z gwiazdami (u Bradbury’ego to show Białego Klauna). Dobra, straszny banał: tyle wie nawet ten, kto książki nigdy nie czytał . Napiszę więc o czym innym.

Otóż u Bradbury’ego interesujące jest to, jak przyrost samoświadomości głównego bohatera, Guya Montaga, łączy się z odzyskaniem kontroli nad własnym ciałem. Początkowo Montag postrzega swoje zachowania jako „moje ręce zrobiły”, „nogi prowadziły mnie”, „oczy zwróciły się ku”, natomiast im bardziej zdaje sobie sprawę z ogromu dotychczasowej nieświadomości, tym bardziej odzyskuje kontrolę nad swoim ciałem. Interesujące: zacznij myśleć, przestaniesz być robotem? Czy może raczej: bez czytania nie ma pełni człowieczeństwa? 

Co jednak najsmutniejsze, w tej książce intelektualiści nie dość, że pochwalają przemoc, to jeszcze najwyraźniej są na tyle słabi i niezaradni, że być może faktycznie lepiej byłoby skazać ich na wyginięcie? Argument o miażdżącej przewadze liczebnej mas powinien być nieistotny dla tego, kto uważa, że dysponuje ogromną potęgą inteligencji i erudycji? Gdzie byli intelektualiści, gdy zaczęto palić pierwsze książki? Schowali się, pisze Bradbury. Well. No to chyba są sami sobie winni, czyż nie tak? I, co najważniejsze: czy możliwość westchnienia "jaka piękna katastrofa!" usprawiedliwia niezaangażowanie?


Czytałam: Ray Bradbury, 451o Fahrenheita, przeł. A. Kraska,Warszawa 1993.

poniedziałek, 4 lipca 2011

O nieznanej książce znanego poety

Skończyłam sesję, obroniłam licencjat, wywiązałam się ze wszystkich czasochłonnych zobowiązań - nadchodzą tłuste miesiące Na Poczytaniu. Miałam nawet nadzieję, że ta notka będzie pierwszą w historii bloga "drugą notką miesiąca” (vide Archiwum po prawej), ale znienacka zrobił się lipiec - i przepadło. Nic to.

Na dziś wybrałam dla Was smakowity kąsek. Otóż po raz kolejny już przekonałam się, że warto zwracać uwagę na  absolutnie-nic-nie-mówiące tytuły książek (a nieraz i nazwiska autorów/autorek) wzmiankowane w podręcznikach do historii literatury polskiej, tzw. dużych cegłach*. Ucząc się do egzaminu natrafiłam na uwagę o fantastycznej powieści pod tytułem Dwa końce świata, której autorem jest nie kto inny, a znany i lubiany (choć spośród skamandrytów chyba najbardziej zapomniany) poeta Antoni Słonimski.

Napisałam „powieść”, a to chyba za duże słowo (choć przysięgłabym, że posłużył się nim autor podręcznika): wspomniany utwór jest raczej dużym (120 stron) opowiadaniem. Traktuje o tym, jak to pewnego dnia niejaki Hans Retlich (czytaj w lusterku) ogłosił, że za niecały miesiąc dokona zagłady całej ludzkości za pomocą tajemniczych Niebieskich Promieni. Mianuje się nowym Noem i zapowiada, że jego metoda będzie skuteczniejsza niż tandetnie urządzony przez żydowskiego boga legendarny potop. Dodam, że rzecz dzieje się w roku 1950, wyszła w 1937 - wiecie, o co chodzi? Potem wydarza się dużo różnych ciekawych rzeczy, których zdradzać nie będę, bo to jest miniesej na temat literacki a nie streszczenie na Ściądze. 

Nie wierzę, że nie znacie skeczy Sarah Silverman  czy Źródła wszelkiego zła Jacka Kaczmarskiego. Taak, utwór Słonimskiego reprezentuje ten sam typ humoru – powiedziałabym wręcz, że momentami przyćmiewa Silverman jeśli chodzi o poziom drastyczności dowcipu (choćby taki kawałek: Zaczęło się [wyrzucanie Emericha z partii nazistowskiej – przyp. Ew.] od zgwałcenia nieletniej Niemki. Czyn ten został napiętnowany w poufnej naganie, ale Emerich coraz częściej dopuszczał się gwałtów nad dziećmi obojga płci. Wszystko to nie doprowadziłoby jednak do usunięcia z partii, gdyby nie fatalny przypadek, że jedna ze zgwałconych dziewczynek miała babkę Żydówkę. Ujawnienie tego faktu stało się końcem kariery Emericha.).

Cały utwór skrzy się zresztą inteligentnym humorem – wiadomo, Słonimski. Ale, jak się okazuje na końcu, to był humor wyrażający tylko dystans, a nie – optymizm. Na końcu bowiem inteligent broniący wysokich wartości (postać literacka zawsze bliska memu sercu, a tu jeszcze wyjątkowo sympatyczna) ponosi typowo polską porażkę (to mogę zdradzić). Czyli: pokonali go realnie, ale moralnie zwyciężył. 

Prorok jaki, czy co? 


* Fascynujący fakt z życia polonistki: najważniejsze podręczniki do HLP (historii literatury polskiej) dzielą się na duże cegły (które po prawdzie bardziej niż cegły przypominają pustaki czy wręcz wielką płytę) i małe cegły (które są dużymi cegłami przystosowanymi do używania przez ludzi).

PS
Właśnie zauważyłam, że dziś 35. rocznica śmierci Słonimskiego. To pańskie zdrowie, panie Słonimski!


Czytałam: A. Słonimski, Dwa końce świata, Warszawa 1991.

czwartek, 23 czerwca 2011

Krótka historia pewnej miłości

Nie pamiętam już okoliczności, w których sięgnęłam po pierwszą książkę Stani... stop. Ta historia nie może się tak zacząć. Chciałam uniknąć patosu, ale już trudno - cios gumowym kurczakiem zniosę z godnością. To od początku.

Byłam małą dziewczynką - najwyżej pięcioletnią, pewnie młodszą. W sypialni rodziców znalazłam żółtą książkę, a w niej niesamowite rysunki. Widok postaci z urwaną nogą wspierającej się na kulach wstrząsnął mną do głębi (it's a cliché!, ale to prawda!): nigdy go nie zapomniałam. Jezu, nie wyobrażacie sobie, jak mi tego robota - bo robot to był, to było widać - było strasznie żal. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że to była jedna z wyraźniejszych emocji mojego dzieciństwa: żal, że ten robot taki biedny i z urwaną nogą. Ej, byłam naprawdę małym dzieciakiem, tak? Nie śmiać się! 

Dobrych parę lat później, już jako zapalona czytelniczka w wieku gimnazjalnym, postanowiłam odszukać książkę, która mnie tak okrutnie skrzywdziła. W dzielnicowej bibliotece trafiłam na nią szybko, nie pamiętam już nawet - sama czy z pomocą bibliotekarki. Domyślacie się? Oczywiście:

[Obrazek wzięty bez pytania z miejsca, na które wskazuje URL]

Cyberiada Stanisława Lema, z legendarnymi ilustracjami Daniela Mroza. To czytała kilka lat wcześniej moja mama (fanka sci-fi, jak się okazało). To ta książka była źródłem mojej dziecięcej traumy - i mojej młodzieńczej fascynacji. Czy muszę dodawać, że nie minęło wiele czasu do chwili, gdy przeczytałam wszystko, co z Lema oferowała nasza biblioteka?

Bardzo długo miałam taką jazdę, że Lem umrze. Wiecie: za każdym razem, gdy dowiadywałam się o śmierci jakiejś znanej osoby, myślałam: "no tak, Lem będzie następny". Co nie zmienia faktu, że gdy pewnego razu - a był to 27 III 2006 r. - wróciłam ze szkoły i usłyszałam od matki Tę Straszną Nowinę - nie mogłam uwierzyć. No bo JAK TO? Swoją drogą: o tym, że zwagarowałam ze szkoły (pierwszy raz w życiu!), by pojechać na pogrzeb, rodzice dowiedzieli się dopiero kilka lat później.

Napisałam "trauma z dzieciństwa", zabawmy się więc w psychoanalizę. Wiem, że już było dość rzewnie, ale sorry. Otóż tak się fatalnie - okropnie - koszmarnie zdarzyło, że dorastałam pozbawiona  bezcennej instytucji: dziadka. Właściwie chorowałam na swego rodzaju kompleks dziadka (Boże, dziękuję ci, że nie sięgnęłam wówczas po książki Musierowicz; jakże inne byłoby teraz moje życie). Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, dobrze wiem, że kiedyś (chyba do dziś, nie oszukujmy się) Lem był dla mnie takim zastępczym dziadkiem. No. 

Nie myślcie jednak, że piszę to wszystko, żeby wycisnąć z Was łzy, czytelnicy i czytelniczki. Piszę to tutaj, bo parę tygodni temu z okazji zajęć z historii literatury polskiej powtórzyłam lekturę Solaris  (zajęcia wypadły beznadziejnie, btw). I wiecie co? Natchnęło mnie to do stworzenia uniwersalnej, zawsze działającej, odpowiedniej dla każdego gatunku literackiego klasyfikacji książek. Ciekawe, czy ktoś przede mną na to wpadł? Otóż słuchajcie: wszystkie książki można przyporządkować do jednej z dwóch grup:

I. Książki, które stawiają pytania,
II. Książki, które dają odpowiedzi.

I tyle. Proste, azaliż nie? Nie muszę chyba dodawać, że Solaris jest genialną reprezentantką grupy I, skądinąd w ogóle - imho - lepszej. Gdy myślę o książkach, które dają odpowiedzi, pierwszym, co przychodzi mi do głowy, jest twórczość Kalicińskiej. Choć nie tylko: wrzuciłabym tu też bitników, Coelho, Sienkiewicza, Żeromskiego, Kochanowskiego, Horacego...

Solaris to zagadka. Nie pytajcie mnie, co ja przez to rozumiem. Niby-ocean wymyka się moim ułomnym (z pamięcią o Lemie chciałoby się napisać: białkowym), ludzkim klasyfikacjom. Żadna hipoteza nie wytrzymuje w starciu z planetą Solaris. I dobrze. Bo gdy zrozumiemy Solaris - przestaniemy być ludźmi.

Czytałam: S. Lem, Solaris, Warszawa 2008.  

niedziela, 13 lutego 2011

Zagrajmy w "upokorzenie", cz. I: "Pani Bovary"

Czytaliście "Zamianę" Davida Lodge'a? (a może to był "Mały światek"? Niee, chyba "Zamiana") Jeśli nie - to przeczytajcie. Jeśli tak - to pewnie znacie reguły gry w "upokorzenie". 

Dla tych, którzy i które nie znają bądź nie pamiętają (shame on you, tak czy inaczej!): "upokorzenie" to gra towarzyska polegająca na tym, że gracze po kolei wymieniają tytuły książek, których nie przeczytali, ale podejrzewają, że czytali je wszyscy inni. Dostaje się po punkcie za każdą osobę, która przeczytała książkę. Wygrywa, oczywiście, to z graczy, które zgarnie najwięcej punktów, czyli wykaże się największą książkową ignorancją - co w gronie ludzi o konstrukcji intelektualnej pozwalającej czerpać przyjemność z gier tego rodzaju może być nazwane tylko upokorzeniem. Cóż, na otarcie łez zostaje wygrana.

Idea "upokorzenia" zrobiła na mnie spore wrażenie ("It's a cliché!" - wreszcie widziałam najnowszego Allena; kto nie widział - ten owsik), dokonałam przeto literackiego rachunku sumienia. Wynikało z niego, że po śmierci jak nic trafię do piekła dla ludzi zabierających się do książek od dupy strony (i nie chodzi mi o sprawdzanie zakończeń przed samą lekturą ani o predylekcje do pornografii). W sensie, czytałam - czytam - będę czytać - mnóstwo książek, z reguły z górnej półki, ale mam ogromne zaległości w kategorii "kanon arcydzieł" (zbieżność z pewnym wycinkiem kanonu lektur polonistyki - nieprzypadkowa). A na moje największe upokorzenie, the worst of the worst,wybrałam "Panią Bovary". Tak, tę Flauberta.

Przeczytałam. Nazywam się Ew., mam 21 ze wskazaniem na 22 lat i dopiero niedawno przeczytałam "Panią Bovary".

Pewnie, uwielbiam dziewiętnastowiecznych francuskich realistów. W mojej rodzinie zamiłowanie do realistów jest dziedziczne po kądzieli: moja prababcia nie umiała czytać, ale gdyby umiała, wybrałaby Zolę. Moja babcia jest do dziś praktykującą realistką życiową. Moja matka francuskich realistów czytała jeszcze zanim mnie urodziła. I ja francuskich realistów lubię także. Za co? No, na przykład za takie spostrzeżenia jak to, że goście weselni Emmy i Karola, by zdążyć na imprezę, musieli się golić po ciemku, co skutkowało wielką liczbą zacięć, które potem zaogniały się na wietrze - albo jak to, że Emma po drodze do kochanka brudziła sobie i niszczyła delikatne pantofelki. 

Na bok odłóżmy jednak estetyczne dreszcze (dreszcze człowieka, który przeżarł się ptasim mleczkiem i nagle skosztował razowca z masłem). Mój główny problem z tą książką to: biedna Emma! Lata słuchania o bowaryzmie w wersji dla ludzi, którzy nie znają samej książki, zdecydowanie nie przygotowały mnie na to, co przeczytałam. Otóż z wielkim zgorszeniem - z moralnym niepokojem - stwierdziłam, że Emma umiera ukarana za to, że pragnęła czegoś więcej, niż dostała. Kabotynka? Głupawa? Oszustka? Zdrajczyni? Zła matka? Oczywiście! Tak! Ale wszystko wynikło z okoliczności, w których się znalazła. Wysłana na pensję - czyli na tamte czasy to tak, jakby teraz zaczęła studiować polonistykę - musi wrócić na wieś; tylko po to, by wkrótce wyjść za prowincjonalnego lekarza-safandułę. Pewnie trochę z głupoty, trochę z nudów, a lekarz zresztą całkiem niebrzydki. Potem keeping up appearances w wersji miasteczko francuskie. Można zgłupieć. Można mieć chętkę na mały skok w bok, gdy z mężem nie ma nawet o czym porozmawiać. Można nie przepadać za własnym dzieckiem, gdy urodzenie go jest towarzyskim obowiązkiem. Ale czy - skoro Emmę potępiamy - należy przyjąć, że postawa życiowa z rodzaju "zamknij oczy i myśl o Anglii" zasługuje na pochwałę? No chyba nie, tej.

Dlaczego zatem z Emmy Bovary, melancholijnej mistyczki i spóźnionej romantyczki, zrobiliśmy/-łyśmy ikonę drobnomieszczańskich snów o potędze? Dlaczego wyśmiewamy ją, zamiast rozumieć i współczuć? Dlaczego w chwili, gdy wygina się w łuk histeryczny, krzywimy się, że jej brzydki mostek wyszedł?

Postuluję zadośćuczynienie: zróbmy z Emmy ikonę. Skoro zginęła zabita przez Flauberta (i małomiasteczkowe superego, i może coś jeszcze), to ma prawo do męczeńskiej korony.  Wynieśmy na ołtarze Św. Emmę od Zespołu Napięć i Globusa. Niech stanie się patronką tych wszystkich, którym odbija od niedostatku wrażeń. Orędowniczką naszą w sprawie tego, żeby nam się chciało zmienić pracę na gorzej płatną, ale ciekawą. Patronką niewierzących co niedziela stawiających się w kościele. Wstawiającą się za wszystkimi dziewczętami, które rodzą niechciane dzieci poczęte z niekochanymi facetami.  Atrybuty: gorset i tomik poezji. Święta Emma od Życiowej Niezborności, męczennica.


Czytałam: Gustaw Flaubert, Pani Bovary, Warszawa 1957.

niedziela, 12 września 2010

Za co uwielbiam Gretkowską (i Berenta, choć mniej)

Odkąd wiele lat temu przeczytałam "Polkę", Manuela Gretkowska jest moją ulubioną pornografką codzienności (autorką dzienników znaczy). Z jakiegoś powodu znaczna część krytyków i krytyczek (krytykantów i krytykantek) uważa jej twórczość raczej za niecodzienną pornografię.
W "Europejce" Gretkowska jest urocza w swej udawanej determinacji, by trzymać się normy. Próbuje takiej zabawy: czytelniczko, pobawimy się w "Nigdy w życiu" Grocholi. Będzie nawet domek (dworek) na wsi. I ja w tym domku-dworku będę gotowała (nieudaną) pomidorową i zachwycała się kupkami mojej córeczki. 
Na szczęście co i rusz wypada z roli i jest sobą: tą czupurną Gretkowską, którą wkurza, że jeśli w Polsce kobieta nie przykroi się do tej pomidorowej i kupek, to od razu epatuje. Pornografią albo przeintelektualizowaniem. Bo wiadomo: napisać "uprawiam seks" to pornografia. Napisać "czytam Ciorana" to pseudointelektualne zadęcie. A napisać te dwie rzeczy razem w jednej książce to już murowana etykietka w formie szkarłatnej litery na worze pokutnym: skandalistka.

Zaraz przed "Europejką" przeczytałam "Fachowca" Berenta. I ja sama nie wiem, czy to moje postmodernistyczne skrzywienie, o którym wspominałam przy okazji Żmichowskiej i Salt, czy wyjątkowo fortunny zbieg okoliczności, ale znowu nie mogę opędzić się od skojarzeń.
W "Fachowcu" mamy faceta, który - choć jest świetnym materiałem na inteligenta (skończone gimnazjum - ale gimnazjum XIX-wieczne!) - zamiast po bożemu zamknąć się ze swoim lewicowym zacięciem w zaciszu gabinetu czy biblioteki, postanawia zatrudnić się w fabryce. Dopina swego i zostaje ślusarzem - ku zachwytowi znajomych, którzy o niczym innym nie mówią, tylko o tym, jak słusznie postępuje. Pracuje w charakterze ślusarza tak długo, aż w końcu głupieje, chamieje i traci  owych znajomych, dla których robol już nie jest tak towarzysko atrakcyjny jak początkujący robotnik-intelektualista. Czaicie już tę czaczę? Inteligent udający proletariusza? Co? Wiecie, co mam na myśli?
O, jak wygodnie byłoby czytać "Fachowca" jako manifest klęski socjalistycznych ideałów. Problem w tym, że wtedy niepotrzebnie nadałoby się głównemu bohaterowi, Zaliwskiemu, status podmiotu wydarzeń. A tymczasem on jest tylko marionetką: ducha swoich czasów, swojego social circle, swoich lektur. Jest wygodnym królikiem doświadczalnym, na którym kanapowi społecznicy mogą testować swoje idee bez konieczności brudzenia sobie wypielęgnowanych rączek. Prawdziwy robotniczy Chrystus (Working Class Hero?), co to niech się dzieje wola twoja a nie moja; zostaje nawet po drodze ubiczowany. Na końcu  nawet mówią do niego "mistrzu". 



Czytałam:
Wacław Berent, Fachowiec, nakład Gebethnera i Wolffa, Warszawa 1933.
Manuela Gretkowska, Europejka, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004.