Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świeże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świeże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 września 2011

Efekt bierności*

Nie mam jakoś serca do tej recenzji. Właśnie skończyłam czytać – po raz trzeci w życiu – Sagę o wiedźminie, i to o niej chciałabym się rozpisać, ale postanowiłam, że muszę wrzucać więcej tekstów o książkach nowych. I postanowiłam też, jeszcze przed zakończeniem Sagi, że napiszę o tej właśnie.

Do Imigracji Kai Malanowskiej podeszłam trochę jak do jeża. Nie czytałam jej okrzyczanego naprawdę dobrym debiutu, Drobnych szaleństw dnia codziennego. Czytałam za to parę wywiadów z autorką, w których opowiadała o swojej depresji i o tym, jak pisanie pomogło się jej z depresji podźwignąć itd. Nie wzruszyło mnie to ani trochę, jeśli chodzi o stosunek do twórczości Malanowskiej, bo jestem zwolenniczką rozdzielania życia i literatury, zazwyczaj. Takie wyznania nieraz są też traktowane jako handicap, jako wymówka: „o, patrzcie: napisałem taką to a taką książkę, może i jest do niczego, ale w trakcie pisania ząb przestał mnie boleć i dlatego ta książka zmieniła moje życie”. Toteż byłam ostrożna.

Pierwsze opowiadanie – Butterfly – obawy moje po części potwierdziło. Opowieść o warszawskim geju-drag queen-Azjacie wydała mi się wymuszona i mocno zalatywała latami 90., kiedy takie rzeczy pisało się, bo były rewolucyjne w swoim podejściu do Innego jako do legendarnego zwykłego człowieka (no nie no, łaaaał, ależ nowość). Językowo zresztą też tak se. Na szczęście dalej było lepiej: Poza słowami ujmuje zrezygnowaną czułością w portrecie ojca, Rozpuszczalność ciał stałych – ciekawym i żartobliwym rozpracowaniem tematu obsesji/fascynacji, Wakacje z Marytą – nieco absurdalnym nastrojem banalnej w sumie historyjki jakby miłosnej. Wszystkie opowiadania analizują sytuację egzystencjalną udawania (blurp twierdzi, że obcości – niech mu będzie, ale to nie wyczerpuje problemu). Wszystkie są zwierzeniami podmiotu, który imigruje wewnątrz siebie – i decyduje się na przerwanie gry ze światem bądź nie. Zazwyczaj nie. Nie ma tutaj wywrotowego potencjału; postacie płyną z prądem zdarzeń z błogimi uśmiechami wyrażającymi radość, że nie muszą podejmować decyzji czy – broń Boże – działania. Tak, tak, dobrze Wam się zdaje: widzę w tej książce to samo, co mnie tak denerwuje w wielu utworach nowej polskiej prozy: to, że można ją streścić w zdaniu „nadwrażliwa narratorka odkrywa nowe oblicze dnia codziennego”. Bleagh.

Całość całkiem dobra (i ładnie wydana – zawsze zwracam na to uwagę – choć z pewną manierą Krytyki Politycznej, której nie lubię – maniery, nie Krytyki), ale żeby od razu wietrzyć sensację? Zdecydowanie nie. To raczej dobrze wykonana robota, nawet z niejakimi przebłyskami talentu, i z dużą dozą dystansu, co też się chwali – ale nie jest to książka szczególnie wybitna. Raczej rozbudza nadzieje niż je spełnia. Zwłaszcza czytelniczka utworów (stosunkowo) młodych kobiet-gwiazd prozy - jak Justyna Bargielska, Natalia Fiedorczuk czy Sylwia Chutnik – może czuć pewien niedosyt, swego rodzaju niedopieszczenie. Powiedzmy zatem, że test drugiej książki Kaja Malanowska zalicza na mocne trzy plus. Cztery minus, jeśli ktoś gustuje w tego rodzaju prozie.  


Czytałam: K. Malanowska, Imigracje, Warszawa 2011.


* przywłaszczyłam sobie tytuł książki prof. Czaplińskiego. Jednej z moich ulubionych jego książek zresztą.

poniedziałek, 12 września 2011

O możliwości postklasycyzmu

Antyk po antyku Jacka Bocheńskiego był prezentem, jaki zrobiłam sobie na tegoroczny Dzień Dziecka. Jeszcze przed premierą zapowiadano, że to książka, w której Bocheński badać będzie sposoby funkcjonowania antyku we współczesności. Pomyślałam: ”Bocheński! Recepcja starożytności! Muszę to mieć! Huzzah!”. I kupiłam.

Nabyłam wówczas jeszcze dwie książki: Trans Manueli Gretkowskiej oraz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swietłany Aleksijewicz. Wraz z kolejnymi powieściami Gretkowskiej moje czytanie jej ewoluuje chyba powoli z przyjemności poprzez wstydliwą przyjemność aż po lekki wstyd, więc na napisanie notki jakoś się nie zdobyłam. O Wojnie pisałam obszernie gdzie indziej. Pozostał Bocheński. To zresztą doskonały moment, ponieważ wciąż nie wiadomo, czy przejdzie do finałowej siódemki laureatów Nagrody Nike: a jeśli przejdzie, to czy dostanie nagrodę. Spieszmy się pisać recenzje, zanim posypią się one zewsząd.

 Ponieważ do książki dobrał się K. i bezczelnie przeczytał MOJĄ książkę zanim JA to zrobiłam, wiedziałam już mniej więcej, jaka jest tematyka tomu (i byłam trochę rozczarowana). Nie sugerowałam się jednak podczas lektury opinią K., albowiem odkąd przeczytał Boskiego Juliusza jest on zajadłym przeciwnikiem prozy Bocheńskiego. Miałam wątpliwości innej natury: po co taka książka w ogóle powstała? Czy ona jest potrzebna?

Przeczytawszy całość, odpowiadam: książka powstała z wewnętrznej potrzeby autora (to dość typowe, wiem: ale nie zawsze jest to jedyną motywacją). Nie jest światu szczególnie potrzebna. A jednak czyta się ją z przyjemnością i niejaką satysfakcją.

Antyk po antyku to zbiór siedmiu esejów, w których autor rozlicza się nie tyle z obecnością  starożytności we współczesnej kulturze w ogóle, ile z rolą, jaką odegrała ona w jego życiu pisarskim – a także w życiu literackim PRLu, poniekąd. Owszem, otwierający zbiór esej Rzeczy stare i nowe szeroko omawia sposób postrzegania starożytności na tle współczesności – i vice versa – jednak i tutaj Bocheński wyraźnie odnosi to do własnej sytuacji twórczej – sam zresztą stwierdza w jednym z kolejnych tekstów, że tamten esej jest próbą teoretycznego rozpracowania problemów, z których praktyczną stroną zmierzał się podczas pisania.

Rzeczy stare i nowe to naprawdę dobry, cieszący serce i umysł filolożki klasycznej esej – nie mam nic do dodania. Równie ciekawy, choć z innych względów, jest Z Herbertem w labiryntach, w którym Bocheński dokonuje karkołomnego wyczynu opisania Herberta-osoby zarazem z sympatią, lekką przyganą i – sine ira et studio. Na dobre jednak moją uwagę przykuły trzy ostatnie eseje, pomyślane jako „przypisy” do kolejnych części tzw. „trylogii rzymskiej” autora. Komentarze te są tyleż rzeczowe (a na pewno nie widzę w nich tak typowego dla tego rodzaju twórczości krygowania się i fałszywej skromności, ani też przechwalania się. To raczej relacja świadka niż „memuary”), co interesujące i obfitujące w anegdoty – ale bez popadania w gawędziarstwo, Bogu dzięki. Owo studium reakcji, jakie książki pisarza wywoływały w nim samym lub w czytelnikach i czytelniczkach, to jednocześnie właśnie obraz funkcjonowania antyku w świecie współczesnym. A doświadczenie autora pokazało, że opowieści o antyku mogą funkcjonować już niemal wyłącznie na prawach paraboli. Mówiąc wprost, według Bocheńskiego antyk umarł (s. 206).

Jakkolwiek drastycznie nie zabrzmiałoby powyższe stwierdzenie, spieszę wyjaśnić, że to nie jest książka napisana w tonie alarmistycznym. To nie rozdzierająca jeremiada sędziwego starca, który ubolewa nad tym, że kiedyś było lepiej. O nie: ogromną zaletą Bocheńskiego jest jego chłód w ocenach, mający zresztą odpowiednik w stylu. Wiemy, że jego namiętnością jest kultura klasyczna, ale w żadnym miejscu ta namiętność nie powoduje automatycznego obniżenia oceny wszystkiego, co do kultury antycznej nie należy. W tym właśnie racjonalizmie, w tej umiejętności wzniesienia się ponad rozmaite klisze myślowe czy językowe, a nawet własne przekonania, upatruję najwyższą wartość książki. W Bocheńskiego zdolności do rzeczowego stwierdzenia: Antyk, jaki w kulturze europejskiej istniał dzięki humanizmowi, przestał istnieć. (s. 207)

Ponieważ wkrótce skończy się szał na wampiry – bo ileż jeszcze mógłby trwać? – nawiążę do klasyki gatunku, by jednocześnie zilustrować pewną tezę i załapać się na trend. Niektóre z Was czytały zapewne Kroniki wampirów Anne Rice (lub oglądały Wywiad z wampirem) i pamiętają być może scenę, w której Louis, już w świecie współczesnym, objaśnia Lestatowi, że wampiry, by przeżyć, muszą się zmieniać wraz z czasami, w których żyją (bądź nie-żyją, jak kto woli). Dla istot nieśmiertelnych umiejętność takiego dostosowania się jest kluczowa, inaczej bowiem giną – lądują gdzieś na obrzeżach społeczności, a w końcu staczają się kompletnie. Mam wrażenie, że Bocheński posiadł tę cechę zaradnego wampira: zamiast próbować płynąć pod prąd historii, pod prąd rozwoju cywilizacji – poddaje mu się, choć nie bezkrytycznie. I dlatego właśnie zamienił swoją maszynę do pisania na laptopa; dlatego po osiemdziesiątce założył blog. Dlatego skonstatował śmierć antyku – i zasugerował możliwość jego istnienia w nowej formie. Może być niby-życie po życiu, może i niby-antyk po antyku.


Czytałam: J. Bocheński, Antyk po antyku, Warszawa 2010.

poniedziałek, 5 września 2011

O okładce zwodniczej a kłamliwej


Co ja sobie myślałam, gdy wypożyczałam Kobietę w historii i micie Jean-Paula Roux? Szczerze mówiąc, już nie pamiętam, ale okładka budziła zaufanie – w czarnej (czarnej! nie różowej, nie czerwonej, nie lila!) ramce fragment Szkoły ateńskiej Rafaela przedstawiający Hypatię z Aleksandrii. Aha – myślałam pewnie – oto dzieło, które, niczym ta okładka, będzie z historycznego tłumu facetów wyłuskiwać kobiety. Herstory, te sprawy, no cud-miód po prostu. Tymczasem powinna mi się zapalić czerwona – albo przynajmniej żółta – lampka na widok męskiego (podwójnie!) imienia. Ale się nie zapaliła.

Jak zapewne się domyślacie, dzieło mnie rozczarowało - miała być herstory, a był kobiecizm czystej wody. Aż szkoda tak potężnej erudycji (jakkolwiek obszernie i chyba nie bez pewnej złośliwości uzupełnianej w przypisach przez tłumaczkę) i drobiazgowych badań źródłowych na dzieło, które czyta się, jakby autor nie zauważył ponad stu lat rozwoju ruchów emancypacyjnych. Powiem tak: zniosę natrętne gadki typu „och, bo te kobiety to takie anioły, ale też i demony trochę”. Zniosę, że o dokonaniach wielu kobiet autor wypowiada się protekcjonalnie i z lekceważeniem. Zniosę, że cytowana literatura – podmiotu i przedmiotu - to w miażdżącej większości utwory innych mężczyzn. Zniosę, że autor ma zupełnie błędne przekonanie o roli niektórych kobiecych archetypów, a inne – ważne – pomija milczeniem. Zniosę już nawet to, że książka kończy się inwokacją do Maryi i słowem „amen” (serio!). Ale kiedy, cholera, facet wyraził się z DEZAPROBATĄ o ruchach próbujących powstrzymać barbarzyński zwyczaj obrzezania kobiet, no bo przecież to LUDOWA TRADYCJA – nie zniosłam. Dodajmy, że rzecz jest momentami niemiłosiernie egzaltowana – choć nie mogę powiedzieć, czyta się dobrze. Tylko dlaczego Roux nie nazwał swojej książki Męskie fantazmaty kobiecości w historii i micie - leksykon? Ileż nerwów i szkliwa na zębach by mi oszczędził!

Na koniec: zrobiłam króciutki risercz i okazało się – o czym zresztą mowa jest w książce – że Roux był (zmarł w zeszłym roku) turkologiem i specjalistą od kultur krajów islamskich. No cóż, to widać .


Czytałam: Jean-Paul Roux, Kobieta w historii i micie, Warszawa 2010.


PS
Przegapiłam pierwszą rocznicę istnienia bloga, ale lepiej późno niż wcale: wszystkim czytelniczkom i czytelnikom, wytrwale czytającym i komentującym moje długie, sporadyczne i nudne notki, bardzo dziękuję (i gratuluję cierpliwości). Na drugi rok istnienia Na Poczytaniu życzę sobie i Wam wielu dobrych książek do czytania, oczywiście.

czwartek, 28 lipca 2011

O dwóch zdradzonych dziewczynkach


To nie mógł być przypadek, że jednego dnia ufarbowałam włosy na rudo, kupiłam wydany niedawno ostatni tom mojej ukochanej serii o Ani z Zielonego Wzgórza i totalnie zepsułam potencjalnie genialny sernik (cóż, przynajmniej nie dodałam do niego kropel walerianowych).


Nadjedzony sernik-katastrofa: metafora ostatniej książki L. M. Montgomery

 Niedawno wróciłam do książek o Ani. Po latach czyta się je jeszcze lepiej. Przeczytałam co prawda tylko Anię z Zielonego Wzgórza i Anię z Avonlea (skądinąd najlepsze chyba tomy serii), ale to wystarczyło, by na nowo poczuć tamten klimat. Przede wszystkim: to jest dobrze, żywo napisane (pomijając egzaltowane opisy przyrody – ale niech tam, one też tworzą nastrój). Zwłaszcza pierwszy tom obfituje w celne zdania, które teraz – po latach – nasuwają mi skojarzenia jakby z Jane Austen.  Ponadto te książki to niesamowity miszmasz ideologiczny: z jednej strony mamy Anię, która jeszcze w I tomie z powodzeniem mogłaby kandydować na ikonę wczesnego feminizmu, z drugiej – rozmaite instancje hamujące i ograniczające rozwój dziewczyńskiej osobowości, niejako strażników i strażniczki „prawdziwej kobiecości” (tfu): choćby panią Małgorzatę Linde. Ta sama pani Linde zresztą poważnie interesuje się polityką – choć nie angażuje się w żywy już wówczas w Kanadzie ruch na rzecz przyznania kobietom praw wyborczych. Z jednej strony są Cuthbertowie, którzy uważają, że edukacja Ani jest najważniejsza – nawet do rzadkiego u kobiet na początku XX wieku magisterium; z drugiej strony – państwo Barry, którzy sądzą, że ich córce Dianie wystarczy tyle wiedzy, ile nabędzie w prowincjonalnej szkółce.  Z jednej strony mamy wiele empowering przykładów singielek (scil. „starych panien”), z drugiej: Montgomery robi wszystko, żeby te najfajniejsze okazy nagrodzić końcem staropanieństwa, czyli upragnionym (jak się okazuje) zamążpójściem (vide panna Lawenda). I tak dalej, i tak dalej. A ponadto zauważmy, że Ania przecież zostaje adoptowana przez dwoje ludzi żyjących de facto w związku partnerskim (Cuthbertowie są przecież rodzeństwem), tworząc z nimi nic innego, jak bardzo współczesną rodzinę rekonstruowaną. Do tego gdy Maryla adoptuje bliźnięta swojej dalekiej krewnej, a po śmierci męża na Zielone Wzgórze wprowadza się pani Linde, dom Cuthbertów staje się… prawdziwą kobiecą komuną! No dobra, to żart. Ale wiecie, o co mi chodzi. Podsumowując: tak to w swej najpopularniejszej serii Montgomery radośnie miesza postawę reakcyjną z tym, co nazywam pełzającą emancypacją.

W ostatnim numerze Wysokich Obcasów Extra Grażyna Plebanek w szkicu na temat Ani z Wyspy Edwarda napisała ostro: Montgomery udupiła Anię. Jakkolwiek rozumiem rozżalenie pisarki – też wolałabym, żeby Ania, zamiast wychodzić za Gilberta i rodzić jedno po drugim siedmioro dzieci, została sufrażystką i poświęciła się walce o prawa kanadyjskich kobiet (zapędy społecznikowskie ujawniła wszak już w II tomie, gdy z grupką przyjaciół założyła Towarzystwo Przyjaciół Avonlea) – daleka byłabym jednak od wyrokowania na podstawie tej akurat książki (trzy-cztery poprzednie tomy: jak najbardziej. Ale nie ten). Przyczyna jest prosta: ta książka wcale nie jest o Ani. Nie jest! Montgomery mnie oszukała. To zbiór opowiadań o ludziach z okolic Glen St. Mary, obficie (nuuuuudnoooo!) inkrustowany wtrętami na temat tego, jacy super-duper są Blythe’owie. Według książki ludzie ci oraz narrator(ka) mają w zwyczaju powoływać się na Blythe’ów – a zwłaszcza na panią Annę Blythe – w każdej sytuacji życiowej. Po ponad pięciuset stronach tekstów w stylu Radosne oczy Barbary Anny (…) zabłysły, gdy patrzyła na Pata, a na jej twarzy wykwitł szeroki, cudowny uśmiech, zupełnie jak u pani Blythe. (nawet nie musiałam kartkować książki, żeby to znaleźć – wystarczyło otworzyć na chybił-trafił) miałam szczerą ochotę wziąć siekierę i zamordować  nią całą ósemkę Blythe’ów (plus Zuzannę Baker). Do tego wstawki w formie „wieczorów”, czyli sztucznych dialogowych wtrętów – zapisów wieczorów, podczas których Ania czyta rodzinie swoją i Waltera poezję. Okropnie słabą, swoją drogą, ale konsekwentnie wprawiającą wszystkich słuchaczy w zachwyt.

W wyjątkowo trzeźwym i obiektywnym posłowiu do książki Benjamin Lefebvre ujął moje wrażenia tak, że sama bym tego lepiej nie zrobiła: Najwyraźniej Montgomery, nie potrafiąc lub nie chcąc napisać kolejnej powieści, postanowiła przejrzeć wcześniej wydane opowiadania (łącznie z kilkoma tekstami, których nie udało jej się opublikować), dopisać do nich wzmianki o rodzinie Blythe’ów i dołączyć do zbioru czterdzieści jeden własnych wierszy, po czym przypisać ich autorstwo Walterowi i Ani. Dodałabym, że kilka z tych opowiadań faktycznie nie zasługuje na wydanie, a kilka innych z powodzeniem można by wyrzucić także i z tego zbioru (np. po co w jednej książce aż dwa – a gdyby się uprzeć, to i trzy – opowiadania opierające się na prawie identycznym schemacie qui pro quo?). Co jednak najgorsze: większość z tych utworów to jakby moralizujące przypowiastki, niosące w sobie takie, ekhm, ekhm, postępowe mądrości jak: „dzieci potrzebują twardej męskiej ręki, inaczej nic dobrego z nich nie wyrośnie”, „kobiety uwielbiają być zdobywane”, „należy poprzestawać na małym i nie wygłupiać się z wybujałymi aspiracjami”, „postawa bierna i pokorna to gwarancja dobrego zamążpójścia” itd. Pierwsze opowiadanie – w którym zło i naprawdę wyjątkowa bitchiness zostają… nagrodzone – dawało pewną nadzieję. Kolejny przebłysk tejże nadziei dojrzałam w opowiadaniu, w którym bohaterka nie korzy się, lecz konsekwentnie trwa w swojej urazie (OK, uraza to nie jest bardzo pozytywne uczucie, ale przynajmniej daje oddech świeżego powietrza w tym słodkopierdzącym świecie). Potem już, już zacierałam ręce, gdy czytałam o dziewczynie z elit, która zamiast wychodzić za obrzydliwie bogatego, ale nieznanego sobie dziedzica, chce wyjść za ubogiego ogrodnika. Niestety, na samym końcu okazuje się, że ogrodnik to tenże dziedzic – chciał incognito wywiedzieć się, czy panna jest warta ożenku! Grr, mezaliansu nie będzie, grr, co za ulga, grr.

Najgorsze było to, że cały tom przeczytałam z myślą „no, w następnym opowiadaniu to już na pewno będzie coś faktycznie o Ani”. A tu – nie! Ania przewija się tylko w tle lub w rozmowach: jako doskonała matka, doskonała gospodyni, doskonała żona, doskonała piękność, doskonała swatka itd. Poza byciem obiektem porównań nie robi dosłownie NIC. No bo po co, prawda? Gdybym ja miała męża-lekarza i szóstkę dzieci, to też nic bym nie robiła, tylko siedziała i była obiektem zazdrości. Droga Lucy Maud Montgomery, bardzo mi przykro, że cierpiałaś na depresję i umarłaś od przedawkowania leków, ale oszukałaś mnie. Dla kasy za kolejną książkę zrobiłaś z mojej ukochanej Ani Shirley jakąś piekielną Bree Van de Kamp. Nie wybaczę.

Czytałam: Lucy Maud Montgomery, Ania z Wyspy Księcia Edwarda, Kraków 2011.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

O tym, jak wzięłam się za młodą poezję

Niedawno pewna firma produkująca podpaski zaczęła ozdabiać swoje produkty uroczymi esami-floresami na powierzchni, której NIGDY NIKT oprócz mnie nie zobaczy. Łzy wzruszenia stanęły mi w oczach: poczułam się jak kobieta z reklamy, której wreszcie proszek Śnieżynka wyprał skarpetki na tak białą biel, że aż oślepiają. Boziu! Wreszcie ktoś zrobił coś tylko dla mnie! 

Podobnego uczucia doświadczam za każdym razem, gdy odnajduję literacką perełkę, o której dobrze wiem, że w promieniu tysiąca kilometrów jestem prawdopodobnie jedyną osobą, która to w ogóle weźmie do ręki. Nie mówiąc o przeczytaniu. Czuję się tak, jakby autor(ka) szeptał(a) mi czule a intymnie do uszka swe strofy bądź linijki - głaszcząc mnie jednocześnie po głowie. Jakby zrobili kanapki i przynieśli mi je do łóżka właśnie wtedy, gdy tak bardzo nie chce mi się wstać - czyli zawsze. Jakby wyprasowali za mnie spódnicę, wyszorowali umywalkę, zdjęli włosy ze szczotki i nawet przetarli podłogę za lodówką. No, słowem, czuję się dopieszczona.

Jakże wielka była moja radość, gdy w czeluściach Internetu trafiłam na twórczość młodego (młodszego ode mnie!) poety, Damiana Nowickiego. Niestety, próbka jest niewielka - zaledwie pięć niedługich wierszy - ale coś każe mi przypuszczać, że są one reprezentatywne dla całości. Otóż rubiny te, te szmaragdy a ametysty poezji polskiej to: Wyznanie Mefistofelesa, Bóg, Świat, Ludzie, Nieśmiertelność, Piękna Czerń i Słońce. Jeśli przyjąć powyższe jako matrycę, to można przypuszczać, że dalsze utwory nazywałyby się: Czarna Róża, Płomienie, Zmierzch Bogów, Śmierć Aniołów, Słonecznik itd., aż do Zaprzepaszczonych Sił Wielkiej Armii Świętych Znaków (jak widzicie, bezczelnie pozwalam sobie zachować manierę pisania każdego słowa wielką literą). Ale dość o tytułach.

Pierwszy utwór, Wyznanie Mefistofelesa, to monolog liryczny – bezpośredni, sataniczny, przy tym śliczny. Podmiot wypowiada się na temat swych planów przejęcia władzy nad światem. Całość napisana została tak, żeby dała się zaśpiewać na melodię To Pinky, to Pinky jest i Mózg, Mózg, Mózg, Mózg… i sugeruje, że wkrótce zostaniemy uraczone prozą - może i samego Nowickiego? - pod tytułem Kod Mefistofelesa.

Drugi i mój ulubiony, Bóg, Świat, Ludzie, to chyba sonet. Tak mi się wydaje, ale nie mogę wykluczyć, że kombinacja „dwie kwadryny – dwie tercyny” jest przypadkowa. Inspiracje ewidentnie nietzscheańskie, ale - znów nie mogę wykluczyć, że autor sam na to wpadł. Z całości warto zapamiętać mądrość Cały ten świat niewiele jest wart, / Gdy goni niby oszalały chart. Nawet gdy pominąć niebagatelny ciężar intelektualny tej maksymy, pozostaje jeszcze walor w postaci interesującego rymu. Tuwim pluje sobie w brodę przy okazji przewracania się w grobie.

W Nieśmiertelności Nowicki z wysokości swojego imponującego 21-letniego doświadczenia rozważa tematy eschatologiczne, takie jak: życie, śmierć, nieśmiertelność, sąd i tak dalej. Poeta omawia tutaj skomplikowany problem: jak to jest, że człowiek nie jest nieśmiertelny, choć w sumie trochę jest, nawet, gdy nie jest. Pozostawia go nierozstrzygniętym, co jest genialnym chwytem mającym na celu zachęcenie czytelniczki do poszukiwania odpowiedzi w dalszych utworach. 

A następny wiersz to Piękna Czerń. Jest bardzo mroczny, albowiem zawiera słowa napisane po łacinie. Poza tym jest mroczny także z tego powodu, że traktuje o samotnej jednostce w tłumie. Oczywiście jednostka jest dużo lepsza od tłumu - przede wszystkim dlatego, że tłum krzyczy, a jednostka dyszy. Hm, nie, moment, jednostka też krzyczy. Cholera, no i posypała mi się interpretacja.

Ostatni – ale przecież nie: najgorszy! – utwór to Słońce. Jest to wiersz napisany w formie hymnu  z wyraźnymi wpływami Litanii loretańskiej i teorii Kopernika. Bardzo cenię sobie akurat ten utwór, jako że przypomniał mi on, że Słońce jest gwiazdą. Poza tym autor jest lepszy od Mickiewicza, bo gdzie Mickiewicz napisał Kochajmy się!, tam autor dodał Kochajmy się / I niech świat złotem się rumieni. A Słowacki dopisałby zapewne: Bądź zdrów! - A tak się żegnają nie wrogi / Lecz dwa na słońcach swych przeciwnych – bogi

Czym i ja zakończę – Ew., bogini (i bogdanka).


Czytałam: wybór z poezji Damiana Nowickiego na stronie ZLP (oddział w Poznaniu). Zainteresowanych i zainteresowane odsyłam także do wywiadu z autorem.

czwartek, 14 października 2010

Zaryzykowałam i przeczytałam bardzo wczesny debiut pisarski

Kiedyś podzieliłam się z K. refleksją, że dość już mam tej nowej polskiej literatury (polskiej, bo wygląda na to, że już tylko Polaków i Polki to kręci), która przedstawia bohaterów koniecznie bardzo wrażliwych, bardzo niepogodzonych ze światem, bardzo inteligentnych, bardzo oczytanych, bardzo antykonsumpcjonistycznych, bardzo wyczulonych-na-otaczającą-ich-hipokryzję, słowem: bardzo niezadowolonych z życia. I że czymś wspaniałym byłoby przeczytanie książki, której bohater czy bohaterka ma pracę, którą lubi i o której nie sądzi, że go/ją ogłupia (choćby to była praca przyklejaczki etykiet na kartony). Ma znajomych, których nie podejrzewa o pustkę (nawet wówczas, gdy ich lubi. Zwłaszcza wówczas, chciałoby się rzec po lekturze niektórych pozycji), jada z przyjemnością (bo jadłowstręt jest standardową przypadłością Współczesnego Polskiego Bohatera Literackiego płci obojga) i czyta coś poza "Szklanym kloszem" na zmianę z "Mdłościami". I nie gardzi sobą przez kilkanaście stron, bo kupił/a kawę w Starbucksie albo frytki w McDonaldzie. I nie spędza znacznej części swojego czasu na snuciu ponurych refleksji natury egzystencjalnej, koniecznie w pozycji leżącej i miejscu malowniczym. 

Czy powieść Ożarowskiej taka jest? A, broń Boże! Pewnie, że nie. Ale ma inne zalety.  Ma też zresztą inne wady.

Primo: wreszcie książka o nastolatkach napisana przez nastolatkę. I to zgrabnie, ładnie, niegłupio. Nie jakoś szczególnie odkrywczo (na poziomie zarówno technicznym jak i, hm, psychologicznym: w końcu Musierowicz już wiele lat temu napisała, że gdy ma się szesnaście lat, cierpi się mocniej), ale siłą rzeczy przekonywająco: nawet, gdy zdarzało mi się (nieraz) skrzywić, czytając te uczenie-mroczne dywagacje licealnych bohaterów, zawsze przypominałam sobie, że, kurczę blade!, przecież autorka też licealistka i skoro tak napisała, to może tak i jest faktycznie. A przynajmniej istnieje chociaż jedna licealistka, która tak potrafi i tak ma.

Podczas czytania miałam - zamierzone przez autorkę, jak sądzę - poczucie, że z tego wszystkiego absolutnie nic nie wynika. Dzieci się bawią. Dzieci rozmawiają. I nic. Portrecik, obrazek rodzajowy. Wielokrotne podkreślanie dziecięcości bohaterów i bohaterek jest zresztą urocze (w znaczeniu protekcjonalnym, a co). I ta mglista granica między obciachem a prawdziwymi dramatami. Jazdy, co do których pamiętam, że moja przyjaciółka przechodziła je w wieku 14 lat. A to wszystko podlane erudycją dziewczyny z dobrego liceum, obejmującą głównie lekturę ponurych książek i znajomość ponurych filmów (dobrych skądinąd, pewnie, ale zawsze ponurych). I te egzystencjalne dramaty ludzi mieszkających z rodzicami i zmywających naczynia po obiedzie zrobionym przez mamę, bo taki jest ich przydział prac domowych. Wiadomo, nic nie jest tak krańcowym doświadczeniem jak okres dojrzewania. Ale gdy już go przeszłam, jakoś nie potrafię traktować tego poważnie. Ach, no i do końca nie wiedziałam, czy deklaracja, że opiewa się bylejakość i przeciętność, w zestawieniu z przewijającym się non-stop wyraźnym poczuciem wyższości, jest kokieterią, ironią czy dystansem do siebie. Chyba jestem za stara, żeby to zrozumieć.  

Do tego plus za niesilenie się na "młodzieżowy" język dialogów. To pewnie dlatego, że autorka sama jest młodzieżą. W ogóle plus za język (minus za niektóre błędy językowe ewidentnie niecelowe - to chyba nie przystoi młodej inteligentce, czyż nie?).

A tak poza tym, to jest to najlepsza rzecz aż tak młodej autorki, jaką kiedykolwiek czytałam - nie licząc Masłowskiej. A propos, błagam: nie porównujmy Ożarowskiej z Masłowską tylko dlatego, że debiutowały w podobnym wieku. Tak naprawdę dzieli je różnica kilku klas. Moja koleżanka skarżyła się kiedyś: "bo X jest mróweczką, a ja jestem motylkiem". Ożarowska jest mróweczką, Masłowska jest motylkiem.


Czytałam: Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun, Korporacja Ha!art, Kraków 2010.