Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagrody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagrody. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 października 2011

O tym, jak mnie cholera wzięła - albo znamy laureata Nike 2011


Czytałam Pióropusz Mariana Pilota. I prędzej zjem własne klapki niż przyznam, że to lepsza książka niż - żeby daleko nie szukać - Obsoletki Bargielskiej albo Chmurdalia Bator.

O ile jestem w stanie zrozumieć, że ogół czytelniczy z łezką w oku zagłosował na autora tych lektur szkolnych, których się nie czyta ze zgrzytaniem zębów i łzami frustracji - podobno zresztą Mrożek zwyciężył dosłownie kilkoma głosami ze Stasiukiem, czyli kolejnym obiektem nostalgicznych westchnień pokolenia dzisiejszych prawie-że-czterdziestolatków - o tyle za nic nie pojmuję, czemu wybrano Mariana Pilota. Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Czytam laudację Borkowskiej i chyba nadal nie rozumiem.

Podsumowanie? Tegoroczna Nike przechodzi do historii pod znakiem wspomnień starszych panów. Nic to. Czekam na Nobla.

poniedziałek, 12 września 2011

O możliwości postklasycyzmu

Antyk po antyku Jacka Bocheńskiego był prezentem, jaki zrobiłam sobie na tegoroczny Dzień Dziecka. Jeszcze przed premierą zapowiadano, że to książka, w której Bocheński badać będzie sposoby funkcjonowania antyku we współczesności. Pomyślałam: ”Bocheński! Recepcja starożytności! Muszę to mieć! Huzzah!”. I kupiłam.

Nabyłam wówczas jeszcze dwie książki: Trans Manueli Gretkowskiej oraz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swietłany Aleksijewicz. Wraz z kolejnymi powieściami Gretkowskiej moje czytanie jej ewoluuje chyba powoli z przyjemności poprzez wstydliwą przyjemność aż po lekki wstyd, więc na napisanie notki jakoś się nie zdobyłam. O Wojnie pisałam obszernie gdzie indziej. Pozostał Bocheński. To zresztą doskonały moment, ponieważ wciąż nie wiadomo, czy przejdzie do finałowej siódemki laureatów Nagrody Nike: a jeśli przejdzie, to czy dostanie nagrodę. Spieszmy się pisać recenzje, zanim posypią się one zewsząd.

 Ponieważ do książki dobrał się K. i bezczelnie przeczytał MOJĄ książkę zanim JA to zrobiłam, wiedziałam już mniej więcej, jaka jest tematyka tomu (i byłam trochę rozczarowana). Nie sugerowałam się jednak podczas lektury opinią K., albowiem odkąd przeczytał Boskiego Juliusza jest on zajadłym przeciwnikiem prozy Bocheńskiego. Miałam wątpliwości innej natury: po co taka książka w ogóle powstała? Czy ona jest potrzebna?

Przeczytawszy całość, odpowiadam: książka powstała z wewnętrznej potrzeby autora (to dość typowe, wiem: ale nie zawsze jest to jedyną motywacją). Nie jest światu szczególnie potrzebna. A jednak czyta się ją z przyjemnością i niejaką satysfakcją.

Antyk po antyku to zbiór siedmiu esejów, w których autor rozlicza się nie tyle z obecnością  starożytności we współczesnej kulturze w ogóle, ile z rolą, jaką odegrała ona w jego życiu pisarskim – a także w życiu literackim PRLu, poniekąd. Owszem, otwierający zbiór esej Rzeczy stare i nowe szeroko omawia sposób postrzegania starożytności na tle współczesności – i vice versa – jednak i tutaj Bocheński wyraźnie odnosi to do własnej sytuacji twórczej – sam zresztą stwierdza w jednym z kolejnych tekstów, że tamten esej jest próbą teoretycznego rozpracowania problemów, z których praktyczną stroną zmierzał się podczas pisania.

Rzeczy stare i nowe to naprawdę dobry, cieszący serce i umysł filolożki klasycznej esej – nie mam nic do dodania. Równie ciekawy, choć z innych względów, jest Z Herbertem w labiryntach, w którym Bocheński dokonuje karkołomnego wyczynu opisania Herberta-osoby zarazem z sympatią, lekką przyganą i – sine ira et studio. Na dobre jednak moją uwagę przykuły trzy ostatnie eseje, pomyślane jako „przypisy” do kolejnych części tzw. „trylogii rzymskiej” autora. Komentarze te są tyleż rzeczowe (a na pewno nie widzę w nich tak typowego dla tego rodzaju twórczości krygowania się i fałszywej skromności, ani też przechwalania się. To raczej relacja świadka niż „memuary”), co interesujące i obfitujące w anegdoty – ale bez popadania w gawędziarstwo, Bogu dzięki. Owo studium reakcji, jakie książki pisarza wywoływały w nim samym lub w czytelnikach i czytelniczkach, to jednocześnie właśnie obraz funkcjonowania antyku w świecie współczesnym. A doświadczenie autora pokazało, że opowieści o antyku mogą funkcjonować już niemal wyłącznie na prawach paraboli. Mówiąc wprost, według Bocheńskiego antyk umarł (s. 206).

Jakkolwiek drastycznie nie zabrzmiałoby powyższe stwierdzenie, spieszę wyjaśnić, że to nie jest książka napisana w tonie alarmistycznym. To nie rozdzierająca jeremiada sędziwego starca, który ubolewa nad tym, że kiedyś było lepiej. O nie: ogromną zaletą Bocheńskiego jest jego chłód w ocenach, mający zresztą odpowiednik w stylu. Wiemy, że jego namiętnością jest kultura klasyczna, ale w żadnym miejscu ta namiętność nie powoduje automatycznego obniżenia oceny wszystkiego, co do kultury antycznej nie należy. W tym właśnie racjonalizmie, w tej umiejętności wzniesienia się ponad rozmaite klisze myślowe czy językowe, a nawet własne przekonania, upatruję najwyższą wartość książki. W Bocheńskiego zdolności do rzeczowego stwierdzenia: Antyk, jaki w kulturze europejskiej istniał dzięki humanizmowi, przestał istnieć. (s. 207)

Ponieważ wkrótce skończy się szał na wampiry – bo ileż jeszcze mógłby trwać? – nawiążę do klasyki gatunku, by jednocześnie zilustrować pewną tezę i załapać się na trend. Niektóre z Was czytały zapewne Kroniki wampirów Anne Rice (lub oglądały Wywiad z wampirem) i pamiętają być może scenę, w której Louis, już w świecie współczesnym, objaśnia Lestatowi, że wampiry, by przeżyć, muszą się zmieniać wraz z czasami, w których żyją (bądź nie-żyją, jak kto woli). Dla istot nieśmiertelnych umiejętność takiego dostosowania się jest kluczowa, inaczej bowiem giną – lądują gdzieś na obrzeżach społeczności, a w końcu staczają się kompletnie. Mam wrażenie, że Bocheński posiadł tę cechę zaradnego wampira: zamiast próbować płynąć pod prąd historii, pod prąd rozwoju cywilizacji – poddaje mu się, choć nie bezkrytycznie. I dlatego właśnie zamienił swoją maszynę do pisania na laptopa; dlatego po osiemdziesiątce założył blog. Dlatego skonstatował śmierć antyku – i zasugerował możliwość jego istnienia w nowej formie. Może być niby-życie po życiu, może i niby-antyk po antyku.


Czytałam: J. Bocheński, Antyk po antyku, Warszawa 2010.

sobota, 14 maja 2011

Muffiny i Nagroda NIKE - pierwsze starcie

Tak się złożyło, że dzień ogłoszenia nominacji do NIKE 2011 niemal zbiegł się z dniem, w którym po raz pierwszy upiekłam muffiny. To nie może być przypadek. Bo widzicie, niektórzy noszą szaliki tego czy innego klubu piłkarskiego, inni oglądają skoki narciarskie czy wyścigi rozmaitych pojazdów - ja natomiast śledzę nagrody literackie i to jest mój ulubiony sport. A wiecie, jakie teraz są przekręty w sportach.

Muffiny spiskowe tak dobre, że mogą
się schować magdalenki Prousta
(przepis z Kwestii Smaku)
Teraz poważnie: jury NIKE dało mi w tym roku ciężki orzech do zgryzienia. Na liście znalazły się dwie książki, które zrobiły na mnie największe wrażenie od czasu Kieszonkowego atlasu kobiet Sylwii Chutnik - w kategorii "premiera", oczywiście. Są to: Obsoletki Justyny Bargielskiej (nie wiem, dlaczego wszyscy czepiają się w nich akurat wątku poronienia - jest wyrazisty, ale sprowadzać całą książeczkę tylko do tego to wyrządzić jej dużą krzywdę) oraz Chmurdalia Joanny Bator. Od razu powiem, że Chmurdalię uznaję za Książkę, Na Którą Czekałam (pisałam już o tym oczekiwaniu - a sama książka, czy raczej dylogia, zasługuje na osobną notkę i doczeka się jej). Mamy do tego Karpowicza z robiącymi wrażenie (na mnie: przede wszystkim objętością i odwagą, sorry) Balladynami i romansami. I to tyle, jeśli chodzi o nominowane książki znane mi z lektury.

Gdybym miała obstawiać, powiedziałabym, że statuetka w tym roku przypadnie prof. Głowińskiemu za Kręgi obcości. Nie czytałam (wstyd), ale ta książka - jako coming out chyba najbardziej znanego polskiego polonisty - była szeroko omawiana. W kategoriach cokolwiek pozaliterackich, prawda. Nie zdziwi mnie też wybór Dzienników Mrożka, choć przyznawanie statuetki pisarzowi, który dawno już odsunął się od polskiego życia literackiego i pewnie jedyne, na czym mu teraz zależy, to święty spokój - byłoby dość jałowe. Ale cóż,  jury NIKE nie ma w zwyczaju pomijać przy nagradzaniu "szkolnych" (czyli takich, których utwory większość społeczeństwa zna z podręczników) pisarzy i pisarek. Mój stosunek do tego procederu jest cokolwiek ambiwalentny: bo co takiemu Miłoszowi czy Różewiczowi da kolejna nagroda? Oni i tak na wieki wieków (amen) pozostaną w historii polskiej literatury i jedna statuetka tego nie zmieni. A przecież niekoniecznie piszą zawsze najlepsze książki - i cała rzecz wygląda tak, jakby czasem nagroda była wręczana za najgłośniejsze nazwisko a nie za najważniejszą książkę.

I żeby było jasne: nie postuluję tutaj jakiegoś handicapu dla młodych zdolnych nieznanych. Może tylko - wzniesienie się ponad nawyki myślowe.  Bo to nieprawda, że dobra książka obroni się sama: panie i panowie, w czasach, gdy cieniutkie książeczki kosztują 30 zł a 62% Polek i Polaków w ciągu ostatniego roku nie miało kontaktu z ani jedną książką - żadna ambitna pozycja nie obroni się sama.

Dodam, że jeśli coś mnie zaskakuje na tej liście, to to, iż trafiły tu aż dwie z trzech książek nominowanych do tegorocznych Paszportów Polityki - mam nadzieję, że to próba naprawienia krzywdy wyrządzonej Bargielskiej na rzecz Karpowicza.

Podsumowując:
NIKE 2011 pojedynczej czytelniczki Ew. otrzymuje:  
Chmurdalia Joanny Bator
NIKE 2011 (prawdziwą) otrzymają:  
Kręgi obcości Michała Głowińskiego
NIKE 2011 czytelników i czytelniczek GW otrzyma:   
Zrób sobie raj Mariusza Szczygła

Tyle pierwszych impresji. We wrześniu poznamy siódemkę książek-finalistek - ciekawe, czy mój ranking przejdzie chociaż ten etap, czy może zmuszona zostanę do modyfikacji. A jakie są Wasze typy?

wtorek, 2 listopada 2010

O książkach opieczętowanych

Nie lubię pisać o książkach powszechnie uznanych za dobre. Nie lubię recenzować utworów opatrzonych pieczątką "Wielka Literatura". Takie książki się czyta i co? Czasem zachwyca, czasem nie zachwyca. Najgorzej, gdy nie zachwyca - jakoś głupio powiedzieć, że Wielka Literatura do mnie nie trafia. Skoro nie zachwyca (a jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?), to znaczy, że nie zrozumiałam, tępa jestem i tyle. Choć są grona, przyznaję, w których prawie wypada wygłaszać obrazoburcze opinie na temat książek kanonicznych. Tylko ileż można? Mnie się już rzadko chce dowodzić, że Orzeszkowa pisała - IMHO - kiepsko stylistycznie. Po co?

Nie pociąga mnie literatura iberoamerykańsko-latynosko-hiszpańsko-portugalsko-nazwij-to-jak-chcesz. Nie czułam metafizycznych dreszczy podczas lektury Marqueza. Nie wierzę w literacką geografię i rozmaite tam dusze narodów: po prostu nie lubię tych dekoracji, ot. A tutaj Komitet Noblowski zrobił mi takie świństwo, że zamiast nieśmiało podejrzewanego o noblowskość Zagajewskiego ogłosił pisarzem roku  Peruwiańczyka Mario Vargasa Llosę. Cóż zrobić? Nie jest istotny mój stosunek do Powszechnie Uznanych Arcydzieł, gdy chodzi o towarzyskie być a nie być: nazajutrz po werdykcie posłusznie udałam się do biblioteki i wypożyczyłam Rozmowę w "Katedrze"

Powiem Wam, jest to chyba najbardziej wnikliwe studium impotencji*, jakie kiedykolwiek czytałam. Właściwie przy tej objętości (677 stron!) zasługuje na dumne miano monografii. Najgłówniejszy z bohaterów (to chyba dobre określenie) właściwie niczego nie robi z własnej woli, może oprócz wyprowadzenia się z domu (choć gdyby trochę podrążyć...). I jest zadziwiająco wytrwały w swym dążeniu, by niczego nie zmieniać. Można go lubić, ale nie da się go szanować. Drugi z najgłówniejszych bohaterów tylko z pozoru zachowuje się bardziej aktywnie. Tak naprawdę całe jego życie polega na ukrywaniu się i uciekaniu od odpowiedzialności.

Dwaj nieudacznicy rozmawiają ze sobą. Mówią wiele, jeszcze więcej ukrywają. Llosa mistrzowsko oddaje rytm takiej dyskusji, ukazuje napięcia między tym, co dzieje się w głowach bohaterów a tym, co sobie mówią. Rozmowa rozpada się na wiele małych; cała książka to barwna tkanina utkana z rozmów, wspomnień, obrazów; poplątana, choć spoista. Są rzeczy, o których Ambrosio i Santiago sobie nie mówią, ale gdy już mówią, nie kłamią: co mają do stracenia? A w tle kryminalna afera i wielka polityka, i historia., i prywatne goni polityczne, i polityczne podgryza prywatne Na szczęście można się przed nimi schować - na przykład nad piwem w "Katedrze".
No dobra, niech już będzie ten Nobel. Ale w przyszłym roku ma być Polka!



* wybaczcie agresywny fallocentryzm tej metafory. Ci, których mocno razi, niech czytają to etymologicznie: jako "niemoc".

Czytałam: Mario Vargas Llosa, Rozmowa w "Katedrze", Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1973.