Pokazywanie postów oznaczonych etykietą femi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą femi. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 października 2013

Zrób sobie zombie

Zdarza mi się ostatnio wracać do książek, które już kiedyś czytałam. Zazwyczaj tego nie robię - bo choć podobno ideałem lektury polonistycznej jest lektura wielokrotna, i choć rzekomo lepiej znać na wylot jedną książkę niż powierzchownie przeczytać ich wiele, zawsze przedkładałam przyjemność zapoznania się z czymś nowym nad wgryzanie się w tekst już znany.

(Powroty, tak. Wiecie, co jest dobrą metaforą powrotu? Zombie.)

Cmętarz zwieżąt Stephena Kinga przeczytałam już mniej więcej sto lat temu, w mojej horrorowej fazie przypadającej na dość długi okres na przełomie dzieciństwa sensu stricte i wieku dojrzewania. Nie wiem doprawdy, jak to możliwe, że w wieku, powiedzmy, 11 lat mogłam z flegmą oglądać najbardziej przerażające filmy, a teraz nawet średniej klasy horrory powodują u mnie napady paniki i bezsenność. Przeczytałam w tym radosnym czasie mojej młodości praktycznie całego Kinga, jaki był w naszej osiedlowej bibliotece (a było tego, co ciekawe, więcej niż jest obecnie w centralnej wypożyczalni Raczyńskich!) i mimo chwilowych fascynacji Lovecraftem czy Poe'em uważałam go - i do dziś uważam - za mojego ulubionego twórcę literatury grozy. Cóż, nie jestem w tym względzie jakoś szczególnie oryginalna.

Teraz, kiedy skończyłam studia, mogę powiedzieć głośno: czytam książki prawie wyłącznie ze względu na zawarte w nich idee, więc dopóki powieść nie jest boleśnie żałosna od strony warsztatowej, jestem w stanie wiele wybaczyć - o ile cała reszta mi się podoba. Jestem fanką Żeromskiego, pamiętacie? O Kingu zaś często mówi się, że jest pisarzem pomysłu, ale nie wykonania: Cmętarz nie potwierdza tej opinii, moim zdaniem. Styl jest - za co cenię Kinga - po amerykańsku przyjemnie przezroczysty, z pewną skłonnością do napawania się szczególnie udanymi frazami czy obrazami: łatwo można poznać momenty, w których King pomyślał "oh fuck, to jest dobre!" właśnie po tym, że będą się potem powtarzać jak refren.

To, co w Cmętarzu ciekawe, to wykorzystanie motywu zombie nie jako narzędzia do postawienia diagnozy społecznej (jak w klasycznej Nocy żywych trupów czy w święcącym triumfy serialu The Walking Dead, bardzo dobrym choć okropnie... nieuświadomionym feministycznie), lecz jako emanacji stanów psychicznych bohatera. Pod tym względem podobna jest raczej do ghost stories, w których nawiedzające bohaterów i bohaterki duchy stanowią metaforę - ogólnie rzecz biorąc - pracy żałoby. Interesującą wariacją jest też dodanie czynnika sprawstwa, czy może raczej pokusy sprawstwa: czy gdybyś miał/a szansę przywrócić życie swoim (niedawno) zmarłym, zrobił/a/byś to? Bohater odpowiada entuzjastycznym "TAK!", oczywiście. 

W kwestii żałoby/melancholii/postawy człowieka wobec śmierci King niczego nowego nie odkrywa (ale i nie nudzi), za to w przewrotny sposób robi z tej klimatycznej (nie powiem, utrudniła mi nieco chodzenie do toalety w środku nocy) powieści o żywych trupach studium na temat męskości i ojcostwa. Powtarzające się (wspominałam o refreniczności prozy Kinga?) zdania Ziemia serca mężczyzny jest kamienista. Mężczyzna uprawia na niej to, co zdoła, i opiekuje się tym są tyleż powiązane z akcją powieści (kamienista ziemia indiańskiego cmentarza, który ma taką zabawną właściwość, że to, co na nim pochowano, ożywa i wraca do osoby, która je pogrzebała), co z jednym z  ulubionych typów męskich Kinga: znękanym ojcem rodziny. Bo choć to zmagająca się z dziecięcą traumą żona głównego bohatera zdaje się mieć największy problem z pogodzeniem się z obecnością śmierci (odmawia nawet chodzenia na pogrzeby), tak naprawdę to właśnie mężczyźni okażą się niezdolni do zaakceptowania straty. Czy mówiłam już, że istnienie tego cmentarzyska to najwyraźniej "męska tajemnica"?

Podobno sam King był przerażony kierunkiem, w jakim zmierzała jego (oparta na wątkach autobiograficznych - wierzcie lub nie) powieść, i niechętnie zgodził się na jej dokończenie i publikację. A jeżeli fakt, że jest to książka, która przeraziła mistrza horroru, nie świadczy o jej potencjale straszenia, to co mogłoby?


(Podpowiedź: zombie dzieci. Ugh.)


Czytałam: S. King, Cmętarz zwieżąt, Warszawa 2013.

czwartek, 17 stycznia 2013

O czytaniu dzienników (cudzych)

Właściwie nie wiem, czego się spodziewałam, sięgając po dziennik Susan Sontag. Chyba chciałam zobaczyć ten wielki mózg od kuchni, czy coś w tym rodzaju; a może liczyłam na to, że właśnie wielkość od kulis  okaże się śmiesznie mała, że będę miała tę satysfakcję, o której Lem pisał, że to "jakby widzieć Jezusa zakatarzonego"?...

Głupio i bez sensu, moim skromnym zdaniem, jest pisać recenzje dzienników i listów - tekstów, które często powstają bez intencji upublicznienia. Albo inaczej: łatwo jest napisać "mówię wam, to świetny dziennik" o takim, który jest istotnie bardzo dobrze napisany, mimo prawdopodobnego braku woli autorki/autora, by kiedykolwiek rzecz wydać. Ale co zrobić, jeśli czytany tekst okazuje się taki sobie, wręcz słaby, kulawy i nużący? Jak napisać "to kiepska książka" o czymś, co może tylko za sprawą złośliwego żartu losu trafiło na półki księgarskie zamiast na strych, do kosza na śmieci lub wręcz do kominka?...

Jak się domyślacie, nie zachwycił mnie szczególnie wydany niedawno przez Karakter I tom dzienników Susan Sontag. To zbiór zapisków, które zadowolić mogą chyba głównie zapalone (napalone?) voyeurystki: choć nie można im ująć pewnej wartości, powiedzmy, psychopoznawczej. O, tak, mówię wam: gdyby Sontag miała konto na Facebooku, byłaby jedną z tych osób, które regularnie informują świat o tym, co właśnie jedzą na obiad. Tylko po co nam ta wiedza?

Paradoksalnie, ciekawsza jest pierwsza połowa książki - czternastoletnia Sontag była bardziej ogarnięta niż dwudziestoczteroletnia Ew., straszne - a potem zaczyna się nużące, monotonne i umiarkowanie oryginalne jojczenie na temat seksu (lesbijskiego;dla niektórych może to być zachętą). Czyta się nieźle i szybko, nie mówię, że nie - ale jeśli ktoś liczy na to, że odkryje, jak się zostaje jedną z najbardziej wpływowych myślicielek XX wieku, to - przynajmniej po lekturze tego tomu (planowane są trzy) - musi zadowolić się implikowaną odpowiedzią "możliwie rzadko myć włosy". Dość frustrujące.

Nie jest moim zamiarem - a czuję, że w to zabrnęłam - dyskredytowanie doświadczenia Sontag czy też - o zgrozo! - próba oceny jej osoby na podstawie tego, co przeczytałam, bo wyczuwam w tym pułapkę narracji mizoginicznej i antyemancypacyjnej ("Niby taka mądrala, a ostatecznie jednak tylko zwykła kobieta"). Zastanawia mnie raczej - nie wiem, czemu nie napisałam o tym na samym początku - jaki fascynujący rodzaj sadomasochizmu kierował synem pisarki, Davidem Rieffem, gdy zdecydował się wydać tak ewidentnie intymne zapiski matki mimo - jak sam przyznaje - żadnych przesłanek sugerujących, że ona sama planowała to zrobić. Nie przekonuje mnie zawarte we wstępie tłumaczenie w stylu "nie powiedziała, że chce, ale kto ją tam wie, może i chciała?" (zwłaszcza że Rieff wykazuje wobec matki postawę, którą nazwałabym pasywno-agresywnym kompleksem Edypa). O ile czasem dobrze jest ignorować wyraźną wolę twórcy czy twórczyni (dzięki wam, gwałciciele ostatniej woli, za moją ukochaną Eneidę!), o tyle tutaj uznanie braku zakazu za pozwolenie nie wniosło niczego szczególnego do historii literatury, kultury czy czego tam. Po raz pierwszy chyba na tym blogu muszę napisać: spokojnie możecie tego nie czytać. 

A Susan Sontag jest jedną z najbardziej wpływowych myślicielek XX wieku.


Czytałam: Susan Sontag, Odrodzona. Dzienniki, tom 1. 1947-1963, przedmowa D. Rieff, przeł. D. Żukowski, Kraków 2012.

wtorek, 18 grudnia 2012

O starych książkach chyba dla dziewcząt

OK, może nie jestem najbardziej płodną ze znanych mi blogerek, ale wierzcie, że co książka, to myślę o notce. A ostatnio czytam chyba jeszcze więcej i jeszcze namiętniej niż zwykle (i, rzecz zagadkowa, coraz wolniej), więc biedne Na Poczytaniu cybernetyczne uszy nieraz pewnie piekły, gdy marudziłam, że "o tej książce na pewno będzie notka!" (nie było, cóż). 

Z tego miejsca pragnę pozdrowić wszystkie moje koleżanki od miesięcy czekające na zwrot książek, które obiecałam oddać "za parę dni, gdy o nich napiszę na blogu".

Teraz jednak dopiero co skończyłam Rajską jabłoń, drugą część tzw. "dylogii warszawskiej" Poli Gojawiczyńskiej - pierwsza część to słynne, cudowne, najlepsze Dziewczęta z Nowolipek. I o tych dwóch książkach chciałabym teraz właśnie.

Anegdota mode on. Będąc małą dziewczynką byłam przekonana, że tytuł pierwszej części powinno się czytać mniej więcej jak Dziewczęta z Novoly Peck i że jest to powieść prawdopodobnie amerykańska, którą pewnie wyobrażałabym sobie jako coś na kształt Samobójczyń Eugenidesa, gdybym to będąc małą dziewczynką czytała. Anegdota mode off. Młodociana lektura Dziewcząt ominęła mnie - za moich czasów nie czytało się już tego w szkole - i do powieści Gojawiczyńskiej dorwałam się dopiero na V roku studiów. Takie już mam lagi; Musierowicz też przeczytałam dopiero po maturze, Bogini dzięki.

Zaprawdę powiadam, wiele feministycznych rzeczy czytam i oglądam, ale od dawna nie miałam w rękach niczego, co byłoby taką feministyczną bombą jak Dziewczęta i Rajska jabłoń (każda inaczej, ale Dziewczęta bardziej, jeżeli któraś lubi sobie postopniować). Od razu można się domyślić, dlaczego nie omawia się ich w szkołach.

Nie chcę tu streszczać fabuł - zresztą wiecie, że prawie nigdy tego nie robię - więc napiszę tak: dylogia Gojawiczyńskiej to książki o dobrych i złych, toksycznych i budujących, luźnych i bliskich więziach kobiecych. Samo w sobie byłoby to jeszcze zaledwie protofeministyczne, gdyby nie wyraźny sygnał, że te więzi są bardzo ważne ("istotne i ważne", jak mawia jedna z moich prowadzących), najważniejsze. Mężczyzna może odejść do innej albo wykorzystać cię jako przystanek na drodze do kariery, ale przyjaciółka zawsze zje z tobą ziemniaka z solą, mówi nam Gojawiczyńska. A mówi to bez kiczowatego girl power (nie mam nic do idei girl power, wspieram i lubię, ale to, co zrobiła z nią popkultura, sprawia, że najtrwardszej riot grrrl irokez by opadł), bez sielankowości i uroczości częstej u "książek o dziewczynkach". I tylko nie zrozumcie mnie źle: afirmatywne powieści kompensacyjne to to nie są. Wręcz przeciwnie: gdy zaczyna się bajka, od razu czujemy, że skończy się źle. I tak się kończy: Nowolipki to coś, z czego niełatwo jest wyjść żywą. Przetrwają te, które uniezależnią się od mężczyzn: Cechna, po odejściu od niewiernego męża wykonująca arachnologiczny zawód projektantki/krawcowej i samotnie wychowująca córkę, oraz Kwiryna - jedyna, której dane było doświadczyć tzw. prawdziwej miłości - która żałobę po mężu obraca w zapał "społecznikowski" (cudzysłów, bo środowisko społeczników - a raczej społecznic - jest w Rajskiej jabłoni dość złośliwie sportretowane). Kobiety, pozostawcie po sobie coś poza nagrobkiem "była nabożną i przędła", mówi autorka. Co ciekawe, nie ma tu ani jednego portretu szczęśliwej pani domu - ani na pierwszym, ani na dalszych planach.

Cała ta dobrość jest nam podana na pulsującym życiem tle międzywojennej Warszawy, jasnym, nienarzucającym się stylem, zręcznie radzącym sobie zarówno z motywami zaczerpniętymi z powieści brukowej jak i subtelną analizą psychologiczną, z wyraźnie zarysowanymi charakterami bohaterek, których - jak w życiu - nie można ani całkiem lubić, ani całkiem odrzucić. Do tego - jeśli którąś to zachęca - muszę przyznać, że spłakałam się jak głupia; taka moja kobieca katharsis. 


Z nawiązań intertekstualnych: na tle swoich wielkich poprzedniczek Dziewczyny z Portofino (o których kiedyś pisałam) jeszcze zyskują (Grażyno Plebanek, gdzie jest Rajska jabłoń 2.0? Czekam!). Za to straciła Sylwia Chutnik, do której notki na temat Gojawiczyńskiej w Warszawie kobiet zajrzałam jeszcze ocierając łzy i smarki: za dużo Chutnik, za mało Gojawiczyńskiej.


Czytałam: Pola Gojawiczyńska, Dziewczęta z Nowolipek (wydanie elektroniczne pochodzenia nieznanego), eadem, Rajska jabłoń, Warszawa 1970.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Konkurentka "Piaskowej Góry" + zdjęcia zamiast notek

Jak już pisałam, ta okropna Kobieta poważnie zalazła mi za skórę. Pisałam też, że plasterkiem na głębokie rany mej duszy był Zbójecki gościniec Anny Brzezińskiej. Tak naprawdę jednak poczułam się uleczona dopiero wówczas, gdy przeczytałam Dziewczyny z Portofino Grażyny Plebanek.

Dziewczyny są jedną z tych książek, które poleciłabym mojej mamie (słyszysz, mamo? Masz przeczytać tę książkę!). To opowieść o czterech koleżankach z podwórka. Przeplatające się historie obejmują okres od momentu, gdy dziewczynki miały siedem lat (w okolicach roku 1975), aż po czas, gdy lat mają ponad dwadzieścia. I co też się przez ten czas nie dzieje! Nie mogę powiedzieć, żeby ta książka miała „fabułę”, jeżeli miałabym przez to słowo rozumieć „historię opowiedzianą w utworze” i streścić w paru zdaniach. To jest jedna z tych książek, o których się mówi, że są „o życiu” – i wyjątkowo nie można się śmiać, bo tak jest w istocie. Plebanek stara się sprawiedliwie rozdzielać rozmaite życiowe przypadki między cztery różne, wyraziście zarysowane osobowości. Mamy tu wszystko: od marzeń o komunijnej sukience, poprzez aborcje i pracę w burdelu aż po samodzielne macierzyństwo z wyboru.

Autorka podjęła ryzykowne zadanie napisania poczwórnej Bildungsroman – i jak na moje oko wywiązała się z niego dobrze i wiarygodnie. W dużej mierze za sprawą wyraźnie widocznej niechęci do prostych happy endów. Trzy z bohaterek składają papiery na studia? Za pierwszym razem dostanie się tylko jedna: to jest PRL, nie Seks w wielkim mieście. Czasem można odnieść wrażenie, że Plebanek wręcz stara się wplątać bohaterki w kolejne tarapaty, by poszerzyć wachlarz dziewczyńskich doświadczeń. Można by się w tym pogubić, gdyby nie dobrze zarysowane, wyraziste postaci (najbardziej przypadła mi do gustu Hanka) – tak wiarygodne i krwiste, że trudno opędzić się od myśli, iż nie mają pierwowzorek w rzeczywistości.

Co ujęło mnie w tej książce chyba najbardziej, to sposób, w jaki przedstawiona została przyjaźń dziewczyn. Jest ona obecna jako coś naturalnego – w spotkaniach, rozmowach, wspólnych wyprawach. Nie ma tutaj trzymania się za rączki, chichotów i wspólnego chodzenia na zakupy. Jest wspólne lanie się na podwórku, ucieczki z domu i nawet (ha!) towarzyszenie sobie przy porodzie (świetny epizod zresztą). A w finale (to chyba nie będzie wielki spoiler?) zamiast wyciskającego łzy odnalezienia Mr. Righta – pojednanie skłóconych przyjaciółek. Odnalezienie sensu nie w Jedzeniu, Modlitwie i Miłości (dzyń, dzyń, brzęczą pieniądze, dzyń, dzyń...), lecz w stopniowym osiąganiu celu, który się sobie zamierzyło.

Ach, gdyby jeszcze to było napisane tak doskonale jak Piaskowa Góra, miałabym nową kandydatkę na feministyczną epopeję początku XXI w. A tak: waham się. Piaskowa jest lepiej napisana, Dziewczyny są - jakby to okreslić? – może: „słuszniejsze ideologicznie”. Może kompromisowo powiedzmy, że nadal najbardziej na świecie kocham Chutnik i jej Kieszonkowy atlas kobiet.


A oto zdjęcia książek zrobione z myślą o napisaniu notek – ale jakoś tych notek nie napisałam. Więc wrzucam zdjęcia. Polecam wszystkie (choć każdą komu innemu).







Czytałam:
Grażyna Plebanek, Dziewczyny z Portofino, Warszawa 2005.

sobota, 11 lutego 2012

Byl wiedźmin, będzie wiedźma

Po tej strasznej Kobiecie Bator musiałam sobie zafundować potężną odtrutkę. A że nieubłaganie zbliża się koniec moich ferii-nieferii, podarunku dla studentów i studentek z okazji Euro 2012, przez dwa dni właściwie nie robiłam niczego poza czytaniem.

Na początek połknęłam Zbójecki gościniec Anny Brzezińskiej, z racji którego właściwie ta notka powinna mieć nagłówek „Gra w upokorzenie”. Jak się fandom dowie, że jeszcze do wczoraj nie przeczytałam żadnej książki Brzezińskiej, to mi akredytację na Pyrkon podniesie o sto procent i nie przyjmie mojej prelekcji o motywach menstruacyjnych w fantasy! Cóż, takie ryzyko pisania bloga. Co do Brzezińskiej zaś: to solidnie zrobiona (im głębiej w książkę, tym solidniej) fantastyka w stworzonym przez Sapkowskiego stylu „słowiańskim”. Widać tu zresztą wyraźnie zarówno próby odcięcia się od ASa, jak i rozliczne sapkizmy (choćby w ostatniej scenie) – jednak to najsilniejszy poeta polskiej fantasy.

Doceniam wyobraźnię Brzezińskiej: zarówno tę przejawiającą się w kreacji uniwersum (co prawda w większości ze starych cegiełek fantasy; ale i to sztuka, ze starych klocków nowy zamek ułożyć), jak tę, którą widać uroczych nazwach własnych: ciekawej mieszance „slawizowanych” imion i typowego tolkienoidalnego pitu-pitu (nie, drogie czytelniczki, nie jadę Tolkienowi: jadę jego epigonom i epigonkom, co to napłodzili tysiące Ellenarandrillów i Arandariel, bo imię fantasy z jakiegoś powodu musi mieć dużo samogłosek i spółgłosek płynnych).

Dodam, że fabuła – choć może miejscami trochę mętna – jest zajmująca, choć nie odbiega od klasycznego dla fantasy schematu „wybrańczyni wyrusza w drogę ku swojemu przeznaczeniu, po drodze ratuje świat przed zagładą i spuszcza łomot czarnym charakterom”. Ciężko jest mi powiedzieć, co z akcją, bo prawie cztery lata studiów polonistycznych odzwyczaiły mnie od czytania dla rozrywki – i już prawie nie umiem powiedzieć, czy książka jest ciekawa pod tym względem (co pewnie jest rodzajem kalectwa). Postaci barwne i często nietuzinkowe, zwłaszcza jaśminowa wiedźma bez imienia (i cały wątek „wiedźmiński”, jak to z przymrużeniem oka zapewne nazwała Brzezińska). Co jednak najbardziej mi się podoba, to wyraźna próba stworzenia nie tylko „słowiańskiej” fantasy, ale także – fantasy „kobiecej”. Dużo ciekawych bohaterek, z czego niejedna w typie badass, brak za to tak typowych dla naiwnej fantasy dla onanizujących się nastolatków orężnych panien w bikini z metalu. Dyskretne (mniej lub bardziej) feminizujące komentarze głównej bohaterki – miód na moje serce. Słowem: porządna fantastyczna robota. I może nie porwało mnie i nie zachwyciło, ale na pewno zadowoliło na tyle, że po drugi tom z przyjemnością sięgnę.

A jutro-dziś napiszę o drugiej książce, którą połknęłam, niech no się tylko wreszcie wyśpię.


Czytałam:
Anna Brzezińska, Zbójecki gościniec, Warszawa 1999.

czwartek, 9 lutego 2012

Fantazja pierogowa na słodko

Fantazja pierogowa na słodko, a może fantazja pierogów na słodko? Jakże właściwie nazywa się to danie, które zdecydowałam się zafundować sobie w barze mlecznym Pod Kuchcikiem, by pierwszym od ponad tygodnia prawdziwym obiadem ogrzać zmarznięty żołądek? Może jednak „fantazja pierogowa”, bo „fantazja pierogów” niepokojąco dodaje mojej ulubionej mącznej potrawie jakiegoś śladu świadomości – co czyniłoby z jedzenia jej czynność moralnie wątpliwą.

A zatem, gdy przedwczoraj zasiadłam Pod Kuchcikiem do mojej – wyglądającej nieźle, choć zalanej mało apetyczną pecyną rozpływającej się bitej śmietany – porcji fantazji pierogowej na słodko, moje przeczucia były naprawdę optymistyczne. A potem wzięłam do ust pierwszego fantazyjnego pieroga i okazało się, że pod sutą warstwą śmietany, cukru i polewy truskawkowej kryje się nadzienie ruskie. Auć. Nic to, pomyślałam, z zewnątrz wszystkie pierogi wyglądają tak samo, w kuchni się pomylili, trudno. Zabrałam się do kolejnego pieroga – i on także był ruski. I następny. I następny. Mniej więcej połowa porcji składała się z pierogów ruskich. Tak to jest, gdy próbuję odżywiać się może niekoniecznie zdrowo, ale przynajmniej regularnie, jęknęłam.

Podobnego uczucia – że miała być fantazja na słodko, a okazało się, że to ruskie z cukrem – doświadczyłam, czytając Kobietę Joanny Bator. Po „Piaskowej Górze” i „Chmurdalii” zasiadłam do lektury więcej niż pozytywnie nastawiona – a wstałam z poczuciem, że zostałam oszukana. Bator bowiem, choć jest poważną naukowczynią i fachowczynią od feminizmu, zafundowała czytelniczkom dość zwyczajny chick lit opakowany w pozłotko ważnych nazwisk i mniej lub bardziej ukrytych aluzji do humanistycznych lektur. Do tego jakoś tak niepokojąco przypominający My zdies’ emigranty Manueli Gretkowskiej, tyle że zamiast Marii Magdaleny jest Lou Andreas Salomé, zamiast biedowania – luksus i zamiast Francji – Polska (głównie).
Na moje szczęście czy też nieszczęście, czytając Kobietę przeczytałam też opracowanie mojego ulubionego profesora Czaplińskiego, w którym książkę tę wspomina. Rozpoznaje w nim ją jako próbę ukrycia esencjalizmu pod płaszczykiem deklaracji o performatywności płci (no dobra, to mój wniosek z jego wniosku: tak naprawdę pisze o tym, że autorka chciała stworzyć bohaterkę o płynnej tożsamości, a stworzyła istotę, która istnienie pewnie straciłaby, gdyby nie mocne oparcie w opozycji wobec Innego, jakim jest dla niej mężczyzna). Nic dodać, nic ująć: całą tę książkę czyta się z myślą, że autorka swoje feministyczne lektury przeczytała i zrozumiała, ale nie – przyswoiła. Przyznaję, jest w tym coś pociągającego: w tym geście odrzucenia, a może prawie wzgardy – na zasadzie „ha, czytałam Irigaray, ale najbardziej KOCHAM moje szpilki z wężowej skóry!”. To bezustanne podkreślanie „patrzcie, jak dobrze widzę, że tożsamość jest konstruktem” jest właściwie męczące: tutaj główna bohaterka, która średnio raz na pięć stron mówi, że „przebiera się za kobietę”, tam kolega-gej, który każde urodziny świętuje spektaklem The New Rocky Horror Picture Show; tu koleżanka spędzająca życie na internetowych flirtach, podczas których przybiera rozmaite maski (aż okazuje się, że najbardziej zafascynował ją facet, który okazuje się być jej bliskim znajomym), powracające opowiastki o transwestytach... Tak to natrętne, że aż nieprzekonujące.

Cała dygresyjna – i szczątkowa, zbudowana właściwie z serii mniej lub lepiej grających ze sobą anegdot (po prostu zabiła mnie opowieść o tym, jak to bohaterka adoptowała kota. Jęknęłam pod ciężarem zbędnej słitaśności: już drugą godzinę zastanawiam się, po co to było, i nadal nie wiem) -  fabuła kręci się wokół pytania: którego z dwóch pociągających mężczyzn ma wybrać bohaterka?  A może żadnego? A może rzucić wszystko w cholerę i lecieć do Japonii? A może jednak rzucić częściowo i lecieć z jednym z facetów? I taka to skomplikowana literatura.

Czyżby zatem należało czytać Kobietę jako prawdziwą, przemyślaną książkę postfeministyczną? Zważywszy, że ukazała się dziesięć lat temu? Czy faktycznie można uznać, że cały bagaż feministycznej teorii został przyswojony i oswojony, więc teraz możemy iść na zakupy i cieszyć się życiem? Zdaje się, że taka myśl przyświecała Bator. Byłaby to zatem książka morderczo wręcz przedwcześnie napisana. Cóż. Spójrzmy na to tak: jeżeli Kobieta była rozgrzewką przed wspomnianą już dylogią (co widać), a taż dylogia jest w 90% idealna, to nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na mającą się ukazać za dwa miesiące kolejną książkę Bator, która już na pewno powali mnie na kolana.




Czytałam:
Joanna Bator, Kobieta, Warszawa 2002.

czwartek, 29 grudnia 2011

Gra w upokorzenie, cz. 2: "Absolutna amnezja"

Są książki, które zna się tak dobrze, że nie trzeba ich czytać, by o nich rozmawiać (pozdrowienia dla Pierre'a Bayarda!). Po trzech latach studiów na polonistyce i kilku miesiącach na Gender Studies książką taką stała się dla mnie Absolutna amnezja Izabeli Filipiak. Przy odrobinie wysiłku mogłabym sobie wmówić, że już ją kiedyś przeczytałam - zwłaszcza że swego czasu ją kupiłam i leżała na półce na tyle głęboko ukryta pod stosami nowszych książek, że przypuszczenie nie byłoby, na pierwszy rzut oka, bardzo nieprawdopodobne. Ale, wstyd się przyznać, nie czytałam. Tylko nie mówcie nikomu, bo mnie wywalą z połowy studiów.

Czym stała się dla mnie Amnezja? Żeby przygotować grunt, powiem, że jestem jedną z tych osób, które uwielbiają realizm demoniczny z dzieciakami w roli głównej. Powieści Kinga, Panna Nikt, Weiser Dawidek, Alicja w Krainie Czarów, bajki braci Grimm - to mój klimat. Nie zdziwicie się pewnie więc, jeśli napiszę, że pierwszą moją refleksją o charakterze syntetycznym była "ooo, tak mogłaby wyglądać Panna Nikt, gdyby Tryzna był bardziej uświadomiony feministycznie!".

Absolutna amnezja to kalejdoskop horrorów: rodziny, kobiecości, dojrzewania, historii, literatury. To Boska komedia przepisana z perspektywy Marianny, głównej bohaterki powieści. To oskarżenie rzucone wszystkim tym, którzy mordują (w każdym sensie) dziewczynki. Nie chciałabym tutaj powtarzać tego, co tyle razy pisano na temat powieści Filipiak. Zakończę więc- wyjątkowo szybko, ale pewnie już zauważyłyście, że objętość notki nijak ma się u mnie do głębokości refleksji czy poziomu sympatii - najoryginalniejszą myślą, jaka mi się nasuwa: jak dobrze, że Marianna to nie ja.

Czytałam:
Izabela Filipiak, Absolutna amnezja, Warszawa 2006.

piątek, 23 września 2011

Majtki bez rozcięcia w kroku albo mam problem z Klaudyną

Mam problem z Klaudyną. Ta tytułowa bohaterka klasycznej pozycji literatury perwersyjnej, cyklu o Klaudynie autorstwa niezrównanej Colette, przyprawia mnie o istny ból głowy. Nie wiem bowiem, czy uznać ją na równi z Pippi czy Anią z Zielonego Wzgórza za ikonę literatury dziewczyńskiej i poniekąd wzór do naśladowania, czy też – wręcz przeciwnie – potępić i skazać na zapomnienie. Dobra, żartuję. W życiu nie dałabym żadnej z książek z serii o Klaudynie dziewczynce w wieku odpowiednim do czytania książek o Pippi*.

Klaudyna ma lat piętnaście i uczy się w wiejskiej szkole. Mieszka w malowniczym miasteczku-wiosce Montigny, gdzie całymi dniami hasa po lasach, co jest jej ulubionym zajęciem. Drugim ulubionym zajęciem Klaudyny jest prowadzenie perwersyjnych, sadystycznych gierek ze wszystkimi dookoła. Bo musicie wiedzieć, że Klaudynka jest ponadprzeciętnie inteligentna, pyskata, nieźle oczytana (głównie w literaturze uważanej za nieodpowiednią dla jej wieku), wcale ładna i – jakkolwiek fatalnie by to nie zabrzmiało w odniesieniu do piętnastolatki, ale to specyfika powieści – bardzo pociągająca, szczególnie dla dużo starszych mężczyzn i koleżanek o skłonnościach do, hm, poddaństwa. Lolita beta, słowem: trzęsie wszystkimi.

Niby-dzienniki Klaudyny, jakimi są Klaudyna w szkole i Klaudyna w Paryżu to lektura niezwykle wciągająca, choć i włosy na głowie jeży. Jeśli cokolwiek może nam się skojarzyć z żeńskim oddziałem wiejskiej szkoły opisywanej przez narratorkę, to tylko stado wilczyc, gotowych zagryźć się za byle drobiazg. Ponadto kobiecy światek to pole szalejącej autodestrukcji: dziewczynki z lubością jedzą i piją rzeczy, które są absolutnie niejadalne (wymienić warto choćby rozmaite artykuły papiernicze). Każdy, nawet najdrobniejszy mankament ciała jest natychmiast dostrzegany i bezlitośnie piętnowany. Szkoła jest sceną wielu wydarzeń, z molestowaniem seksualnym włącznie, najrzadziej widzimy tam rzetelną naukę. Dziewczynki gryzą się, biją, drapią, kopią, całują, obserwują romans nauczycielek i romansują między sobą, a przy okazji, właściwie mimochodem, przygotowują się do egzaminu nauczycielskiego (taak, te złote czasy, gdy nauczycielką zostawało się w wieku lat szesnastu). Klaudyna zdaje go, oczywiście, bardzo dobrze. Wkrótce potem przenosi się do Paryża, gdzie, oczywiście, jedyną dalszą jej edukacją jest edukacja sentymentalna do zaręczyn włącznie.

Brzmi to okropnie i właściwie byłoby zupełnie okropne, gdyby nie ogromna, przemożna witalność, jaka jest w tych dziewczynkach. Robią odrażające nieraz rzeczy (Łusia, zauroczona Klaudyną dziewczynka, zostaje kochanką-utrzymanką własnego starego i obleśnego wuja), ale zawsze kieruje nimi chęć osiągnięcia czegoś więcej. Chcą czegoś, to sięgają po to. A poza tym nie są uroczymi dziewczątkami-laleczkami; przypominają raczej Marysię z Kieszonkowego atlasu kobiet Chutnik. To diablątka, a to jest bardzo ożywcze w literaturze z początku XX wieku. Z drugiej strony ich energia, właściwie czyste libido rozmaicie kanalizowane, nakierowana jest z reguły na podobanie się i uwodzenie, ewentualnie na podporządkowywanie sobie innych zamiast na jakąkolwiek działalność twórczą. A to nie jest krzepiące. Trudno nie myśleć o głównej bohaterce jako o postaci stworzonej, by starzy faceci  gustujący w młódkach mieli o czym fantazjować. A jednak nie da się odmówić jej uroku, a zwłaszcza - wspaniałego, ciętego poczucia humoru i zmysłu obserwacji. I ciężko jej nie lubić.

Czytałam: Colette, Klaudyna w szkole. Klaudyna w Paryżu, przeł. K. Dolatowska, Warszawa 1975.


* A poznańska księgarnia Bookarest umieściła wznowioną ostatnio Klaudynę w szkole w dziale "literatura dziecięca". Serio.

poniedziałek, 5 września 2011

O okładce zwodniczej a kłamliwej


Co ja sobie myślałam, gdy wypożyczałam Kobietę w historii i micie Jean-Paula Roux? Szczerze mówiąc, już nie pamiętam, ale okładka budziła zaufanie – w czarnej (czarnej! nie różowej, nie czerwonej, nie lila!) ramce fragment Szkoły ateńskiej Rafaela przedstawiający Hypatię z Aleksandrii. Aha – myślałam pewnie – oto dzieło, które, niczym ta okładka, będzie z historycznego tłumu facetów wyłuskiwać kobiety. Herstory, te sprawy, no cud-miód po prostu. Tymczasem powinna mi się zapalić czerwona – albo przynajmniej żółta – lampka na widok męskiego (podwójnie!) imienia. Ale się nie zapaliła.

Jak zapewne się domyślacie, dzieło mnie rozczarowało - miała być herstory, a był kobiecizm czystej wody. Aż szkoda tak potężnej erudycji (jakkolwiek obszernie i chyba nie bez pewnej złośliwości uzupełnianej w przypisach przez tłumaczkę) i drobiazgowych badań źródłowych na dzieło, które czyta się, jakby autor nie zauważył ponad stu lat rozwoju ruchów emancypacyjnych. Powiem tak: zniosę natrętne gadki typu „och, bo te kobiety to takie anioły, ale też i demony trochę”. Zniosę, że o dokonaniach wielu kobiet autor wypowiada się protekcjonalnie i z lekceważeniem. Zniosę, że cytowana literatura – podmiotu i przedmiotu - to w miażdżącej większości utwory innych mężczyzn. Zniosę, że autor ma zupełnie błędne przekonanie o roli niektórych kobiecych archetypów, a inne – ważne – pomija milczeniem. Zniosę już nawet to, że książka kończy się inwokacją do Maryi i słowem „amen” (serio!). Ale kiedy, cholera, facet wyraził się z DEZAPROBATĄ o ruchach próbujących powstrzymać barbarzyński zwyczaj obrzezania kobiet, no bo przecież to LUDOWA TRADYCJA – nie zniosłam. Dodajmy, że rzecz jest momentami niemiłosiernie egzaltowana – choć nie mogę powiedzieć, czyta się dobrze. Tylko dlaczego Roux nie nazwał swojej książki Męskie fantazmaty kobiecości w historii i micie - leksykon? Ileż nerwów i szkliwa na zębach by mi oszczędził!

Na koniec: zrobiłam króciutki risercz i okazało się – o czym zresztą mowa jest w książce – że Roux był (zmarł w zeszłym roku) turkologiem i specjalistą od kultur krajów islamskich. No cóż, to widać .


Czytałam: Jean-Paul Roux, Kobieta w historii i micie, Warszawa 2010.


PS
Przegapiłam pierwszą rocznicę istnienia bloga, ale lepiej późno niż wcale: wszystkim czytelniczkom i czytelnikom, wytrwale czytającym i komentującym moje długie, sporadyczne i nudne notki, bardzo dziękuję (i gratuluję cierpliwości). Na drugi rok istnienia Na Poczytaniu życzę sobie i Wam wielu dobrych książek do czytania, oczywiście.

środa, 24 sierpnia 2011

Zabić tę część w sobie, która jest patriarchatem*

Typowy problem czytelniczki-feministki: czy mają prawo podobać mi się utwory mniej lub bardziej seksistowskie, nieraz wręcz agresywnie mizoginiczne? Czy ładunek niechęci wobec kobiet obniża „obiektywną” wartość dzieła (i czym ta „obiektywna” wartość jest?)? Czy sympatia wobec autorów (będę posługiwać się raczej rodzajem męskim, bo choć nie brakuje kobiet niechętnych kobietom, to jednak mężczyźni w tym kółku nienawiści są frakcją dominującą) wyznających antyfeministyczne lub ogólnie antykobiece poglądy robi ze mnie złą feministkę? A może należy darować  autorom ze względu na czas, w którym tworzyli – i wybaczać tym, którzy dobrodziejstw emancypacji nie mieli szans zaznać, bo ich zwyczajnie nie dożyli? Jeśli tak, to co powinno być cezurą tego wolno lubić / nie wolno lubić? A jeśli nie, to czy należy odrzucić i potępić miażdżącą większość klasyki literatury? A może warto zaserwować handicap  dziełom „ogólnie” kiepskim, ale za to ortodoksyjnie feministycznym?

To tylko część pytań, jakie powinna zadać sobie świadoma feministka zainteresowana – bądź, jak w moim przypadku, zajmująca się „zawodowo” – literaturą. Bardzo przyjemnie byłoby stwierdzić, że potrafię jasno odpowiedzieć na choć jedno z nich – ale nie potrafię, niestety. Czasem zadanie ułatwiają mi sami pisarze: ociekające mizoginią dzieła to, jak większość powieści z tezą, przeważnie i tak kiepska literatura. Gorzej, gdy takie dzieła są dobre. Wybitne. Genialne. Jak dzieła Shakespeare’a: najpopularniejszego z największych mizoginów. Czy mam przekreślić całego Shakespeare’a z powodów ideologicznych?

Albo taka Musierowicz, którą ostatnio czytam (uznałam, że nieznajomość całości Jeżycjady jest bardziej gorsząca niż np. nieznajomość którejkolwiek z książek o przygodach Tomka wśród kogośtam – kwestia rachunku szans w grze-w-upokorzenie). Wiele tomów jej najsłynniejszego cyklu to doskonałe czytadła (w pozytywnym sensie), świetnie i z dużym zmysłem obserwacji, zwłaszcza obyczajowej, napisane. Cóż z tego, skoro to wyrób czekoladopodobny dla dziewcząt: z zewnątrz słodycz kobiecej wspólnoty, w środku trucizna reakcji. Z drugiej strony, powieści Kingi Dunin – zamierzone zresztą jako anty-Jeżycjada: ideologicznie słuszne, ale jakoś w tych powieściach mało literatury, a dużo – no właśnie – ideolo. A przecież lubię Dunin! Krzysztof Varga zaś, którego twórczość w większości lubię bardzo, choć nie bardzo potrafię czasem rozróżnić poszczególne powieści, wyznaje taki śmieszny, chłopaczkowaty seksizm na zasadzie „no bo te dziewczyny są głupie”. I tak dalej, i tak dalej. Mogłabym w sumie stworzyć wykres przedstawiający stosunek „poprawności” do „genialności” dzieł rozmaitych autorów i autorek (co wydaje się ciekawą rozrywką na pozostały miesiąc moich studenckich wakacji, więc może mi się nawet zachce?).

Nie śmiem nawet porównywać się z jedną z moich ulubionych profesjonalnych badaczek literatury, ale podobne pytania stawia sobie Inga Iwasiów w Rewindykacjach. Zauważa ona (a był to rok 2002, więc w sumie dawno temu – ale mam wrażenie, że duża część wniosków się nie przedawniła), że polska krytyka feministyczna skupia się raczej na analizowaniu i opisywaniu twórczości pisarek – także tych dotąd nieznanych lub zapomnianych, natomiast mniej uwagi poświęca genderowo-feministycznej rewizji kanonu (czyli – powiedzmy sobie szczerze – pisarstwa mężczyzn) oraz nowych dzieł pisarzy współczesnych. Książka Iwasiów ma być taką szuflą ziemi, która ten wielki dół częściowo zasypie.

Bardzo lubię styl Iwasiów: daleki zarówno od egzaltacji jak i od suchej pseudonaukowości (dwie typowe wady pisarstwa „humanistycznego”); nieraz ironiczny, ale nie na tyle, by zasugerować nienaukową pobłażliwość wobec przedmiotu opisu. Do tego Iwasiów pisze po prostu ciekawie, a wierzcie mi: to nie jest częste wśród literaturoznawców i –znawczyń. No i jest morderczo, potwornie, niesamowicie inteligentna; tak inteligentna, że aż jej tego zazdroszczę. Ani pod względem stylistycznym, ani merytorycznym książka więc mnie nie zawiodła, choć po kilkunastu recenzjach dał się zauważyć pewien schemat, mniej więcej taki: „czytałam, czytałam, ogólnie mi się podobało, ale coś mi nie pasowało… i nagle – wiem! W tej książce nie ma kobiet! No, ona w sumie jest taka sobie”.

Ten schemat, co ciekawe, daje odpowiedź na przynajmniej część pytań postawionych przeze mnie w pierwszym akapicie: nie można po prostu uznać książki za dobrą, jeśli jest – mniej lub bardziej świadomie – antyfeministyczna, a zwłaszcza antykobieca. Jest to zbrodnia nie do wybaczenia w świecie wewnątrz rewolucji feministycznej (mówię: wewnątrz, bo rewolucja wciąż trwa). Oczywiście, to nie mówi niczego o obowiązującym kanonie: czyli nadal nie wiemy, czy Sienkiewicza w końcu zostawić, czy może jednak wyrzucić. Pamiętajmy jednak, że do podstawowego (szkolnego) kanonu wchodzą nie tylko Kochanowski i Mickiewicz, ale także twórcy wciąż żyjący i tworzący albo zmarli całkiem niedawno. A kanonu – szkolnego – nie da się rozciągać w nieskończoność. Musimy więc, krytyczki zorientowane feministycznie, wykonać tę dobrą-krecią robotę: nie dajmy twórcom ignorującym emancypację wejść do kanonu. Niech w końcu zaczną się czasy, gdy radosna ignorancja w kwestiach genderowych zostanie uznana za istotną wadę (niekoniecznie jednak: grzech śmiertelny; jak mówiłam – wciąż się waham) dzieła. I to niewypowiedziane wprost wezwanie, jak sądzę, jest najbardziej krzepiącą myślą zawartą w dziełach takich jak książka Iwasiów.


* tytuł pochodzi z omawianej książki (s. 13)

Czytałam: Inga Iwasiów, Rewindykacje. Kobieta czytająca dzisiaj, Kraków 2002.