czwartek, 29 grudnia 2011

Gra w upokorzenie, cz. 2: "Absolutna amnezja"

Są książki, które zna się tak dobrze, że nie trzeba ich czytać, by o nich rozmawiać (pozdrowienia dla Pierre'a Bayarda!). Po trzech latach studiów na polonistyce i kilku miesiącach na Gender Studies książką taką stała się dla mnie Absolutna amnezja Izabeli Filipiak. Przy odrobinie wysiłku mogłabym sobie wmówić, że już ją kiedyś przeczytałam - zwłaszcza że swego czasu ją kupiłam i leżała na półce na tyle głęboko ukryta pod stosami nowszych książek, że przypuszczenie nie byłoby, na pierwszy rzut oka, bardzo nieprawdopodobne. Ale, wstyd się przyznać, nie czytałam. Tylko nie mówcie nikomu, bo mnie wywalą z połowy studiów.

Czym stała się dla mnie Amnezja? Żeby przygotować grunt, powiem, że jestem jedną z tych osób, które uwielbiają realizm demoniczny z dzieciakami w roli głównej. Powieści Kinga, Panna Nikt, Weiser Dawidek, Alicja w Krainie Czarów, bajki braci Grimm - to mój klimat. Nie zdziwicie się pewnie więc, jeśli napiszę, że pierwszą moją refleksją o charakterze syntetycznym była "ooo, tak mogłaby wyglądać Panna Nikt, gdyby Tryzna był bardziej uświadomiony feministycznie!".

Absolutna amnezja to kalejdoskop horrorów: rodziny, kobiecości, dojrzewania, historii, literatury. To Boska komedia przepisana z perspektywy Marianny, głównej bohaterki powieści. To oskarżenie rzucone wszystkim tym, którzy mordują (w każdym sensie) dziewczynki. Nie chciałabym tutaj powtarzać tego, co tyle razy pisano na temat powieści Filipiak. Zakończę więc- wyjątkowo szybko, ale pewnie już zauważyłyście, że objętość notki nijak ma się u mnie do głębokości refleksji czy poziomu sympatii - najoryginalniejszą myślą, jaka mi się nasuwa: jak dobrze, że Marianna to nie ja.

Czytałam:
Izabela Filipiak, Absolutna amnezja, Warszawa 2006.

wtorek, 27 grudnia 2011

Wojna polsko-węgierska pod flagą sagi rodzinnej

Niedawno czytałam Lalę Jacka Dehnela, więc wiem, jak może wyglądać słitaśna opowieść o przodkini. Dehnel opisuje swoją babcię z zastosowaniem wyjątkowo irytującej interpretacji zasady sine ira et studio: trzyma się przyklepywania i ugładzania, i - broń Boże! - nieosądzania. Jakkolwiek to ostatnie może być uzasadnione (choć: a) wolę rzetelne przedstawienia z subiektywnym komentarzem od prób taniego "obiektywizmu"; b) czy w ogóle warto silić się na "obiektywizm" przy opisywaniu rzekomo najważniejszej postaci swojego życia?), to już pisanie jednym tonem o tym, że babcię dwukrotnie prawie zgwałcono, że była PRLowską urzędniczką, że zdradzała męża, pomagała wszystkim potrzebującym i była wszechstronnie utalentowana wywołuje we mnie reakcję typu "eeee?". Poza tym Dehnel wdzięczy się do czytelniczki tak bardzo, jakby mu zależało tylko na tym, żeby rzecz mi się podobała. Figa, nic z tego

Zupełnie inaczej jest ze Staroświecką historią Magdy Szabó, "jedynej słynnej Węgierki" (wiem, inner jokes na blogu to trochę nietakt). Zadziwiające, jak podobnie skonstruowane są te powieści. Tak podobnie, że aż podejrzewałabym tu jakiś rodzaj inspiracji - chyba muszę jeszcze raz przeczytać Lalę w poszukiwaniu wskazówek wpływologicznych.

Załóżmy jednak, że Lali nie znacie (bo że któraś czytała Staroświecką jest jeszcze mniej prawdopodobne), ogółem więc: wnuk (córka) opowiada historię swojej babci (matki), od korzeni począwszy aż po - znaczące - swoje własne (wnuka/córki) narodziny. W obu przypadkach mamy zatem do czynienia z zawłaszczeniem historii: Dehnel kradnie historię swojej babki, której ona nie zdążyła za życia spisać; Szabó opowiada właściwie wbrew woli matki, która wyraźnie nie życzyła sobie podobnego dłubania w jej życiu. Co sprawia, że Lalę czytałam z uczuciem cukro-mdłości, a Staroświecką z przyjemnością i niejaką satysfakcją?

To proste. Obie powieści stanowią próbę zarazem rozliczenia z własnymi korzeniami jak i zbudowania literackiej (dosłownie i w przenośni) genealogii. Dehnel robi to poprzez nieco niesmaczne w swej ostentacji odwołania do szlachectwa rodziny i inteligenckość bardzo á la rodzina Borejków, a także całą plejadę słynnych nazwisk-ozdobników. Szabó łączy z nim fakt, iż oboje widzą w sobie coś jakby realizację projektu, przekazywanego poprzez pokolenia wraz z genami. O ile jednak Dehnel czuje się z tym bosko i przyjmuje m swoje - wcale nie takie piękne - dziedzictwo z całym dobrodziejstwem inwentarza i niejako bez zastrzeżeń, o tyle Szabó, chłodna i znacznie mniej pozująca na intelektualistkę a bardziej nią będąca, postrzega rzecz raczej jako brudne wykopaliska i kłopotliwe dziedzictwo niż cenną błyskotkę, którą można szpanować (szpanowanie jest w książce Dehnela bardzo ważne, na wielu poziomach; powiedziałabym, że szpanowanie jest zasadą kompozycyjną tej powieści).

Różnicę w podejściu widać już na poziomie metody: Szabó oprócz tego, że zna mówioną wersję historii, którą przekazała jej matka, prowadzi też badania źródłowe, na podstawie których  rekonstruuje historię swojej rodziny; Dehnel opiera się na opowieściach babci. Szabó, prowadząc narrację "historyczną", z reguły trzyma się ciągu wydarzeń: podporządkowując narrację wymogom męskiego następstwa przyczyny i skutku. Dehnel także przykrawa kłębiącą się opowieść babci do tych ram, ale jego gest wywołuje we mnie opór tym większy, że robi to świadomie (pamiętajmy, że powieść Szabó wyszła w 1977 roku).

Odbieranie głosu to rzecz wyjątkowo brzydka, chyba się zgodzicie. I dlatego jestem za Szabó, która ironicznie, prawie szyderczo, ale jednak stara się tego unikać, a przeciw Dehnelowi, który z ogromnym samozachwytem to robi.


Czytałam:
J. Dehnel, Lala, Warszawa 2006.
M. Szabó, Staroświecka historia, przeł. K. Pisarska, Warszawa 1981.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

O prezentach książkowych (notka spóźniona)

Ponieważ siedzę w pokoju z ojcem oglądającym jakąś nową polską komedię z całą plejadą gwiazd, które z uporem godnym lepszej sprawy grają całą plejadę idiotów (o ile się orientuję, jednym z węzłów intrygi jest bohaterka, która udaje mężczyznę, dorysowawszy sobie kredką do oczu bródkę a la Żmijewski i mówiąc przez nos); ponieważ choinka znów nie świeci, choć wczoraj w pocie czoła sprawdziłam kilkadziesiąt cholernych lampek, by w końcu znaleźć TĘ JEDNĄ, która raczyła nie stykać; ponieważ nie spałam wczoraj do szóstej rano, bo choć oglądany w nocy Donnie Darko mnie zachwycił, to jednak nie dałam się przekonać, że Frank (królik-z-czaszką) nie pojawi się za oknem, gdy tylko zamknę oczy; ponieważ pobyt w domu nieodmiennie jest dla mnie czasem spadku szeroko pojętej produktywności, a ten świąteczny najbardziej ze wszystkich; ponieważ przeczytałam w GW intrygującą radę, by wymyślić sobie coś fajnego, co zawsze chciało się robić, i robić to codziennie przez 30 dni, aż wejdzie w nawyk - postanowiłam (po raz pierwszy odkąd moje skądinąd i tak porywające życie wypełniły po brzegi cztery kierunki studiów) napisać notkę na blogu. Ha. Tak się składa, że temat się sam nasuwa - Boże Narodzenie, a książkowe prezenty to rzecz warta omówienia. 

Nie wiem jak Wy, ale ja zazwyczaj stosuję prostą zasadę: kupuję książki, które czytałam, a zamawiam takie, których nie czytałam (w moim domu panuje może mało romantyczny, ale wielce praktyczny zwyczaj pisania "listów do Dzieciątka"). W tym roku zafundowałam więc mojej siostrze Piaskową Górę Joanny Bator (wydawnictwo W.A.B., jakkolwiek nie lubię cię za brzydkie obejście się z "B.", za wznowienie do jakiegoś czasu prawie nieosiągalnej dotąd Piaskowej jestem ci wdzięczna), a od Dzieciątka dostałam Rolanda Barthesa Rolanda Barthesa: jeszcze świeży szpan lansiarskich humanistek; lubię to.Moi rodzice dostali odpowiednio: mama - rewolucyjną autobiografię Danuty Wałęsy pod potwornym tytułem Marzenia i tajemnice" tata - Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny Podróże małe i duże.

I teraz, żeby zrozumieć, o co mi w ogóle chodzi, musimy się cofnąć w czasie prawie równo o rok: do chwili, gdy z K. trafiłam podczas imprezy sylwestrowej do pokoju, w którym na stole leżały Good night, Dżerzi Janusza Głowackiego i RockMann Wojciecha Manna w stanie wskazującym na nieprzeczytanie (na drodze morderczo logicznego rozumowania dochodzimy do wniosku: prezenty bożonarodzeniowe!). Co wręczenie komuś książek z empikowej TOP 20 mówi o osobie obdarowującej i osobie obdarowywanej?

No cóż. Przede wszystkim, że obdarowujący/a raczej jest nieczytający/a, natomiast święcie wierzy w sankcję metafizyczną vox populi, czyli: nie wiem, co to jest, ale skoro tylu ludzi to kupiło, to musi być dobre. Zarazem jednak jest to osoba urocza w tym, że chce kupić książkę zamiast kierować się starą mądrością "pewnie już jedną ma". I to jest słodkie. Podejrzewam, że taka osoba musi się czuć w księgarni tak, jak ja ostatnio w sklepie Militaria.pl - ale to nie zmienia faktu, że jest urocza. A co można powiedzieć o osobie obdarowanej? Ha! Otóż n-i-c. Wiecie dlaczego? Bo prezent "książka z TOP 20" jest mniej więcej tak osobisty i, hm, spersonalizowany, jak zestaw kosmetyków z Rossmanna. Pomysł szlachetny, wykonanie chybione. Kościół bez Boga, powiedziałby Mickiewicz. Czekolada bez cukru, powiedziałaby Ew.

Zaraz, zaraz, powiecie, i to pisze osoba, która dała błogosławieństwo na kupienie rodzicom Wałęsy i M&M? Ano, tu się teoria sypie. Cała moja żeńska rodzina chciała przeczytać Marzenia i tajemnice - i pewnie nie tylko moja, skoro książka prawie natychmiast po ukazaniu się wskoczyła na pierwsze miejsce wszystkich list wydawniczych przebojów. Podróże, jak właśnie sprawdziłam, są trzecie w empiku. No ale ojciec uwielbia Manna i Maternę! Rodzinne oglądanie "emdeem" to jedno z najwcześniejszych moich wspomnień z dzieciństwa! To kupować te hity czy ich nie kupować?...

Jako kryptohipsterka odpowiadam: kupować bestsellery zanim staną się bestsellerami. Gdy tylko odgadnę, jak to robić, napiszę specjalną notkę.

niedziela, 2 października 2011

O tym, jak mnie cholera wzięła - albo znamy laureata Nike 2011


Czytałam Pióropusz Mariana Pilota. I prędzej zjem własne klapki niż przyznam, że to lepsza książka niż - żeby daleko nie szukać - Obsoletki Bargielskiej albo Chmurdalia Bator.

O ile jestem w stanie zrozumieć, że ogół czytelniczy z łezką w oku zagłosował na autora tych lektur szkolnych, których się nie czyta ze zgrzytaniem zębów i łzami frustracji - podobno zresztą Mrożek zwyciężył dosłownie kilkoma głosami ze Stasiukiem, czyli kolejnym obiektem nostalgicznych westchnień pokolenia dzisiejszych prawie-że-czterdziestolatków - o tyle za nic nie pojmuję, czemu wybrano Mariana Pilota. Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Czytam laudację Borkowskiej i chyba nadal nie rozumiem.

Podsumowanie? Tegoroczna Nike przechodzi do historii pod znakiem wspomnień starszych panów. Nic to. Czekam na Nobla.

niedziela, 25 września 2011

Książki najfajniejszej dziewczyny w mieście

Zainspirowana artykułem w Wysokich Obcasach sprzed tygodnia postanowiłam stworzyć własną listę książek najfajniejszej dziewczyny w mieście. Trochę na chybił-trafił, bo przecież ciężko jest skondensować moją osobowość najfajniejszej dziewczyny w Poznaniu do zaledwie dziesięciu punktów. Równie dobrze mogłabym podać tutaj wiele innych zestawów. Bo najfajniejsza dziewczyna w mieście przeczytała wiele razy po dziesięć książek - to warunek sine qua non.

A oto i one:





Simone de Beauvoir "Druga płeć"
NDwM musi przecież znać klasykę feminizmu! I nie wyobrażam sobie, żeby feministką nie była. Przenigdy.

Roland Barthes "Mitologie"
Nie wiem, dlaczego akurat o tym pomyślałam. Może dlatego, że w "O pięknie"  Zadie Smith jedna z bohaterek mówi o innej, że tak naprawdę przeczytała tylko "Mitologie" i wyłącznie dzięki nieustannemu cytowaniu ich wyrobiła sobie opinię wybitnej studentki?

Stanisław Lem "Dzienniki gwiazdowe"
NDwM musi znać się na jakiejś literaturze spoza głównego nurtu. Ja lubię fantastykę. A Lem to pierwsze imię polskiej sci-fi.

Wergiliusz "Eneida"

Ile znacie osób spoza branży filologicznej, które przeczytały jakikolwiek starożytny epos? A? To jest bardziej hipsterskie niż spodnie rurki!

Colette "Czyste, nieczyste"

To znów odnośnie klasyki. Z jakiegoś powodu znajomość powieści erotycznej mającej prawie osiemdziesiąt lat wydaje mi się szczególnie sexy.

Virginia Woolf "Orlando"
NDwM obowiązkowo musi znać książki innych NDwM.

Georges Perec "Życie. Instrukcja obsługi"Postmodernizm nadal jest fajny. A Perec jest fajniejszy niż wielu innych postmodernistów. No i jaki szpan, taka gruba księga!

Bob Dylan, "Moje kroniki"
 Bo słuchać muzyki to każda głupia potrafi.

Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"
NDwM dostrzega istnienie poza czystą literaturą także nieco tzw. prawdziwego życia. I: czytanie reportaży jest trendy.

Sylvia Plath "Szklany klosz"
Patrz pkt 6. A poza tym: która nie zna Plath, nie ma prawa mianować się NDwM. Nie i już.

piątek, 23 września 2011

Majtki bez rozcięcia w kroku albo mam problem z Klaudyną

Mam problem z Klaudyną. Ta tytułowa bohaterka klasycznej pozycji literatury perwersyjnej, cyklu o Klaudynie autorstwa niezrównanej Colette, przyprawia mnie o istny ból głowy. Nie wiem bowiem, czy uznać ją na równi z Pippi czy Anią z Zielonego Wzgórza za ikonę literatury dziewczyńskiej i poniekąd wzór do naśladowania, czy też – wręcz przeciwnie – potępić i skazać na zapomnienie. Dobra, żartuję. W życiu nie dałabym żadnej z książek z serii o Klaudynie dziewczynce w wieku odpowiednim do czytania książek o Pippi*.

Klaudyna ma lat piętnaście i uczy się w wiejskiej szkole. Mieszka w malowniczym miasteczku-wiosce Montigny, gdzie całymi dniami hasa po lasach, co jest jej ulubionym zajęciem. Drugim ulubionym zajęciem Klaudyny jest prowadzenie perwersyjnych, sadystycznych gierek ze wszystkimi dookoła. Bo musicie wiedzieć, że Klaudynka jest ponadprzeciętnie inteligentna, pyskata, nieźle oczytana (głównie w literaturze uważanej za nieodpowiednią dla jej wieku), wcale ładna i – jakkolwiek fatalnie by to nie zabrzmiało w odniesieniu do piętnastolatki, ale to specyfika powieści – bardzo pociągająca, szczególnie dla dużo starszych mężczyzn i koleżanek o skłonnościach do, hm, poddaństwa. Lolita beta, słowem: trzęsie wszystkimi.

Niby-dzienniki Klaudyny, jakimi są Klaudyna w szkole i Klaudyna w Paryżu to lektura niezwykle wciągająca, choć i włosy na głowie jeży. Jeśli cokolwiek może nam się skojarzyć z żeńskim oddziałem wiejskiej szkoły opisywanej przez narratorkę, to tylko stado wilczyc, gotowych zagryźć się za byle drobiazg. Ponadto kobiecy światek to pole szalejącej autodestrukcji: dziewczynki z lubością jedzą i piją rzeczy, które są absolutnie niejadalne (wymienić warto choćby rozmaite artykuły papiernicze). Każdy, nawet najdrobniejszy mankament ciała jest natychmiast dostrzegany i bezlitośnie piętnowany. Szkoła jest sceną wielu wydarzeń, z molestowaniem seksualnym włącznie, najrzadziej widzimy tam rzetelną naukę. Dziewczynki gryzą się, biją, drapią, kopią, całują, obserwują romans nauczycielek i romansują między sobą, a przy okazji, właściwie mimochodem, przygotowują się do egzaminu nauczycielskiego (taak, te złote czasy, gdy nauczycielką zostawało się w wieku lat szesnastu). Klaudyna zdaje go, oczywiście, bardzo dobrze. Wkrótce potem przenosi się do Paryża, gdzie, oczywiście, jedyną dalszą jej edukacją jest edukacja sentymentalna do zaręczyn włącznie.

Brzmi to okropnie i właściwie byłoby zupełnie okropne, gdyby nie ogromna, przemożna witalność, jaka jest w tych dziewczynkach. Robią odrażające nieraz rzeczy (Łusia, zauroczona Klaudyną dziewczynka, zostaje kochanką-utrzymanką własnego starego i obleśnego wuja), ale zawsze kieruje nimi chęć osiągnięcia czegoś więcej. Chcą czegoś, to sięgają po to. A poza tym nie są uroczymi dziewczątkami-laleczkami; przypominają raczej Marysię z Kieszonkowego atlasu kobiet Chutnik. To diablątka, a to jest bardzo ożywcze w literaturze z początku XX wieku. Z drugiej strony ich energia, właściwie czyste libido rozmaicie kanalizowane, nakierowana jest z reguły na podobanie się i uwodzenie, ewentualnie na podporządkowywanie sobie innych zamiast na jakąkolwiek działalność twórczą. A to nie jest krzepiące. Trudno nie myśleć o głównej bohaterce jako o postaci stworzonej, by starzy faceci  gustujący w młódkach mieli o czym fantazjować. A jednak nie da się odmówić jej uroku, a zwłaszcza - wspaniałego, ciętego poczucia humoru i zmysłu obserwacji. I ciężko jej nie lubić.

Czytałam: Colette, Klaudyna w szkole. Klaudyna w Paryżu, przeł. K. Dolatowska, Warszawa 1975.


* A poznańska księgarnia Bookarest umieściła wznowioną ostatnio Klaudynę w szkole w dziale "literatura dziecięca". Serio.

niedziela, 18 września 2011

Uwagi na marginesach Sagi o wiedźminie

Jak już napisałam poprzednio, przed chwilą [notka pisana 16 IX wieczorem] skończyłam trzecie czytanie Sagi o wiedźminie (ach, to jeszcze z czasów, gdy „Saga” nie równała się „Zmierzchowi”) Andrzeja Sapkowskiego. Otarłam łzy, zaparzyłam sobie melisę na uspokojenie i zasiadłam do komputera.

Trzeba Wam wiedzieć, że o ile podczas ostatniej lektury – gimnazjalnej chyba – złamała mnie dopiero wzmianka o mignięciu płowego warkocza Milvy w finałowej scenie (pamiętam to jak dziś), tak teraz z narastającą intensywnością chlipałam przez ostatnich kilka rozdziałów. Powodem tego może być przybór doświadczenia życiowego bądź moje tabletki hormonalne, tak czy siak fakt trzeba odnotować in plus nastrojotwórczych zdolności ASa polskiej fantasy.

Co różni lekturę człowieka 22-letniego od lektury człowieka nastoletniego? Cóż, z pewnością nie tylko metry bieżące łez. Przede wszystkim szczerze zdziwiło mnie, i to jest myśl przewijająca się przez całość procesu czytania, jak bardzo liberalno-lewicowy jest nastrój Sagi (to zabawne, bo wydawało mi się, że szczytowy punkt ideologicznego Sturm und Drangperiode osiągnęłam w gimnazjum, a potem już stopniowo mądrzałam). Tych siedem (liczę z opowiadaniami) tomów to jakby jeden wielki pean na cześć bycia porządnym człowiekiem, solidnej roboty i działania raczej drogą eliminacji różnych „zeł” niż buńczucznych czynów moralnego superherosa in spe. A przy tym mamy tu cały wachlarz tematów, które są wciąż żywe w dyskursie lewicowym: od globalnego ochłodzenia (słynne Białe Zimno) i degradacji środowiska, poprzez aborcję i rodziny rekonstruowane aż po rasizm. A to tylko drobna część. I wszystko to potraktowane jest – jako rzekłam – z solidną dozą trzeźwego liberalnego podejścia. Wow.

Dalej: od czasów gimnazjalnych przeczytałam niejedną książkę fantasy i naprawdę doceniam to, że Sapkowski wykreował świat tak żywy, że prawie namacalny. Bo sorry – szanuję choćby przysłowiowego Tolkiena, ale go nie lubię, bo pisał bajki i alegorie. A u Sapkowskiego wszystko żyje, jest funkcjonującym organizmem ze swoimi systemami i obiegami, zdrowiem i chorobami (przykład: Krajobraz był typowo powojenny. Wśród pól wyrastały ni z tego ni z owego mogiły i kurhany, wśród bujnej wiosennej trawy bielały czerepy i szkielety. Na przydrożnych drzewach wisieli wisielcy, przy drogach, czekając na śmierć głodową, siedzieli nędzarze. Pod lasem, czekając, aż nędzarze osłabną, siedziały wilki). Jeśli Sapkowski opisuje wojnę, to nie jest to mityczne starcie Dobra ze Złem, bo u niego i to Zło ma jakieś swoje uzasadnione racje, i Dobro nieraz brzydko pachnie. Tak samo jest zresztą z bohaterami i bohaterkami: nie znajdziesz takiej postaci, która nie ma na swoim koncie niczego, czego powinna się wstydzić. Strasznie to banalnie brzmi, pewnie, ale kto czytał Sapka ten wie, że nie opisuje on inkarnacji idei, tylko istoty, które mają idee.

Ponadto nie można nie cenić Sapkowskiego za doskonałą postmodernistyczną grę z rozmaitymi kliszami fantastyki i literatury w ogóle. Nieraz spotykamy coś, co skądś znamy, ale przewrotnie odmienione: elfy nie są takie super, jak zawsze były, leśna chatynka może okazać się siedliszczem pedofila-ludojada, światem rządzą nie Żydzi i masoni, a czarodziejki, błędni rycerze błądzą za żołd i tak dalej. A i finałowa scena z barką trąci jakby Tolkienem, czyż nie? Nie ona jedna zresztą. Że nie wspomnę o absolutnie boskiej przeróbce bajek i baśni, jaką są tomy Ostatnie życzenie i Miecz przeznaczenia. No i o kryptocytatach. Wymieniać można długo, a wniosek jest jeden: Saga to nie tylko świadectwo talentu, ale i nadzwyczajnej erudycji.

À propos trącenia: ogromną, ogromną i po raz trzeci ogromną zaletą Sagi jest unikanie tego, czego nie znoszę choćby w powieściach Pratchetta: łatwych analogii. To nie jest tak, że – jak nieraz próbowano sugerować – Sapkowski przeniósł nasz świat do świata fantasy. On twórczo wykorzystał elementy naszej rzeczywistości, by w rzeczywistość fantasy ją wcielić. I tak wielka wojna Północy i Nilfgaardu to nie jest po prostu II wojna światowa, tylko wszystkie wojny po trochu; pogrom w Rivii to nie jest Jedwabne, tylko ekstrakt ze wszystkich pogromów. Elfy, krasnoludy i niziołki to nie są Żydzi, tylko „po prostu” mniejszości; Oxenfurt to nie jest tak sobie Oxford – to sama idea Akademii. Czego jak czego, ale języka ezopowego tutaj nie uświadczysz. Nie w takiej formie, do jakiej jesteśmy przyzwyczajone.

Następna rzecz, wynikająca właściwie z poprzedniej, to rzadkie posługiwanie się prostackimi aluzjami do współczesności. Jest to rzecz bardzo śliska i bardzo łatwo jest mi się zrazić do powieści fantasy, która coś takiego uskutecznia. Przez „prostackie aluzje do współczesności” rozumiem np. czytelne nawet dla idiotów odtwarzanie pewnych popularnych w danym czasie memów bądź aluzje do znanych aktualnie postaci. Pod niewprawnym piórem zmienia się to w żenadę, koszmar i w ogóle pisarstwo Pilipiuka. Na szczęście Sapkowski unika tego, pozwalając sobie na sporadyczne wyraźniejsze aluzje (Krasnolud – zapluty karzeł zdrady). Pewnie, niektóre postaci wykazują cechy, na podstawie których można próbować doszukać się ich odpowiedników w rzeczywistości - ale nie mają one przy okazji jakichś baaardzo subtelnie sugestywnych imion typu Bill The Gate. (Nie lubię Pratchetta. Bardzo.)

Zapewne Sadze można coś zarzucić. Szczerze powiedziawszy: nie wiem, co. Dla mnie to utwór fantasy idealny. Cykl, który po prostu trzeba pokochać, bez względu na preferencje czytelnicze. Jedno z najwyższych osiągnięć polskiej prozy lat 90. i zdecydowanie najwyższe osiągnięcie polskiej fantasy (są tacy, którzy uważają, że lepsza jest Trylogia husycka tegoż ASa. Nie zgadzam się: Saga, w przeciwieństwie do Trylogii, trzyma poziom od początku do końca). I co jeszcze? Może to, że na własnych palcach jestem w stanie policzyć książki, które przeczytałam trzy razy. A w tym siedem należy do cyklu wiedźmińskiego.

Czytałam: A. Sapkowski, Saga o wiedźminie i opowiadania (tj. Ostatnie życzenie, Miecz przeznaczenia, Krew elfów, Czas pogardy, Chrzest ognia, Wieża Jaskółki, Pani Jeziora), Warszawa 1992 – 1999.