poniedziałek, 4 lipca 2011

O nieznanej książce znanego poety

Skończyłam sesję, obroniłam licencjat, wywiązałam się ze wszystkich czasochłonnych zobowiązań - nadchodzą tłuste miesiące Na Poczytaniu. Miałam nawet nadzieję, że ta notka będzie pierwszą w historii bloga "drugą notką miesiąca” (vide Archiwum po prawej), ale znienacka zrobił się lipiec - i przepadło. Nic to.

Na dziś wybrałam dla Was smakowity kąsek. Otóż po raz kolejny już przekonałam się, że warto zwracać uwagę na  absolutnie-nic-nie-mówiące tytuły książek (a nieraz i nazwiska autorów/autorek) wzmiankowane w podręcznikach do historii literatury polskiej, tzw. dużych cegłach*. Ucząc się do egzaminu natrafiłam na uwagę o fantastycznej powieści pod tytułem Dwa końce świata, której autorem jest nie kto inny, a znany i lubiany (choć spośród skamandrytów chyba najbardziej zapomniany) poeta Antoni Słonimski.

Napisałam „powieść”, a to chyba za duże słowo (choć przysięgłabym, że posłużył się nim autor podręcznika): wspomniany utwór jest raczej dużym (120 stron) opowiadaniem. Traktuje o tym, jak to pewnego dnia niejaki Hans Retlich (czytaj w lusterku) ogłosił, że za niecały miesiąc dokona zagłady całej ludzkości za pomocą tajemniczych Niebieskich Promieni. Mianuje się nowym Noem i zapowiada, że jego metoda będzie skuteczniejsza niż tandetnie urządzony przez żydowskiego boga legendarny potop. Dodam, że rzecz dzieje się w roku 1950, wyszła w 1937 - wiecie, o co chodzi? Potem wydarza się dużo różnych ciekawych rzeczy, których zdradzać nie będę, bo to jest miniesej na temat literacki a nie streszczenie na Ściądze. 

Nie wierzę, że nie znacie skeczy Sarah Silverman  czy Źródła wszelkiego zła Jacka Kaczmarskiego. Taak, utwór Słonimskiego reprezentuje ten sam typ humoru – powiedziałabym wręcz, że momentami przyćmiewa Silverman jeśli chodzi o poziom drastyczności dowcipu (choćby taki kawałek: Zaczęło się [wyrzucanie Emericha z partii nazistowskiej – przyp. Ew.] od zgwałcenia nieletniej Niemki. Czyn ten został napiętnowany w poufnej naganie, ale Emerich coraz częściej dopuszczał się gwałtów nad dziećmi obojga płci. Wszystko to nie doprowadziłoby jednak do usunięcia z partii, gdyby nie fatalny przypadek, że jedna ze zgwałconych dziewczynek miała babkę Żydówkę. Ujawnienie tego faktu stało się końcem kariery Emericha.).

Cały utwór skrzy się zresztą inteligentnym humorem – wiadomo, Słonimski. Ale, jak się okazuje na końcu, to był humor wyrażający tylko dystans, a nie – optymizm. Na końcu bowiem inteligent broniący wysokich wartości (postać literacka zawsze bliska memu sercu, a tu jeszcze wyjątkowo sympatyczna) ponosi typowo polską porażkę (to mogę zdradzić). Czyli: pokonali go realnie, ale moralnie zwyciężył. 

Prorok jaki, czy co? 


* Fascynujący fakt z życia polonistki: najważniejsze podręczniki do HLP (historii literatury polskiej) dzielą się na duże cegły (które po prawdzie bardziej niż cegły przypominają pustaki czy wręcz wielką płytę) i małe cegły (które są dużymi cegłami przystosowanymi do używania przez ludzi).

PS
Właśnie zauważyłam, że dziś 35. rocznica śmierci Słonimskiego. To pańskie zdrowie, panie Słonimski!


Czytałam: A. Słonimski, Dwa końce świata, Warszawa 1991.

czwartek, 23 czerwca 2011

Krótka historia pewnej miłości

Nie pamiętam już okoliczności, w których sięgnęłam po pierwszą książkę Stani... stop. Ta historia nie może się tak zacząć. Chciałam uniknąć patosu, ale już trudno - cios gumowym kurczakiem zniosę z godnością. To od początku.

Byłam małą dziewczynką - najwyżej pięcioletnią, pewnie młodszą. W sypialni rodziców znalazłam żółtą książkę, a w niej niesamowite rysunki. Widok postaci z urwaną nogą wspierającej się na kulach wstrząsnął mną do głębi (it's a cliché!, ale to prawda!): nigdy go nie zapomniałam. Jezu, nie wyobrażacie sobie, jak mi tego robota - bo robot to był, to było widać - było strasznie żal. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że to była jedna z wyraźniejszych emocji mojego dzieciństwa: żal, że ten robot taki biedny i z urwaną nogą. Ej, byłam naprawdę małym dzieciakiem, tak? Nie śmiać się! 

Dobrych parę lat później, już jako zapalona czytelniczka w wieku gimnazjalnym, postanowiłam odszukać książkę, która mnie tak okrutnie skrzywdziła. W dzielnicowej bibliotece trafiłam na nią szybko, nie pamiętam już nawet - sama czy z pomocą bibliotekarki. Domyślacie się? Oczywiście:

[Obrazek wzięty bez pytania z miejsca, na które wskazuje URL]

Cyberiada Stanisława Lema, z legendarnymi ilustracjami Daniela Mroza. To czytała kilka lat wcześniej moja mama (fanka sci-fi, jak się okazało). To ta książka była źródłem mojej dziecięcej traumy - i mojej młodzieńczej fascynacji. Czy muszę dodawać, że nie minęło wiele czasu do chwili, gdy przeczytałam wszystko, co z Lema oferowała nasza biblioteka?

Bardzo długo miałam taką jazdę, że Lem umrze. Wiecie: za każdym razem, gdy dowiadywałam się o śmierci jakiejś znanej osoby, myślałam: "no tak, Lem będzie następny". Co nie zmienia faktu, że gdy pewnego razu - a był to 27 III 2006 r. - wróciłam ze szkoły i usłyszałam od matki Tę Straszną Nowinę - nie mogłam uwierzyć. No bo JAK TO? Swoją drogą: o tym, że zwagarowałam ze szkoły (pierwszy raz w życiu!), by pojechać na pogrzeb, rodzice dowiedzieli się dopiero kilka lat później.

Napisałam "trauma z dzieciństwa", zabawmy się więc w psychoanalizę. Wiem, że już było dość rzewnie, ale sorry. Otóż tak się fatalnie - okropnie - koszmarnie zdarzyło, że dorastałam pozbawiona  bezcennej instytucji: dziadka. Właściwie chorowałam na swego rodzaju kompleks dziadka (Boże, dziękuję ci, że nie sięgnęłam wówczas po książki Musierowicz; jakże inne byłoby teraz moje życie). Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, dobrze wiem, że kiedyś (chyba do dziś, nie oszukujmy się) Lem był dla mnie takim zastępczym dziadkiem. No. 

Nie myślcie jednak, że piszę to wszystko, żeby wycisnąć z Was łzy, czytelnicy i czytelniczki. Piszę to tutaj, bo parę tygodni temu z okazji zajęć z historii literatury polskiej powtórzyłam lekturę Solaris  (zajęcia wypadły beznadziejnie, btw). I wiecie co? Natchnęło mnie to do stworzenia uniwersalnej, zawsze działającej, odpowiedniej dla każdego gatunku literackiego klasyfikacji książek. Ciekawe, czy ktoś przede mną na to wpadł? Otóż słuchajcie: wszystkie książki można przyporządkować do jednej z dwóch grup:

I. Książki, które stawiają pytania,
II. Książki, które dają odpowiedzi.

I tyle. Proste, azaliż nie? Nie muszę chyba dodawać, że Solaris jest genialną reprezentantką grupy I, skądinąd w ogóle - imho - lepszej. Gdy myślę o książkach, które dają odpowiedzi, pierwszym, co przychodzi mi do głowy, jest twórczość Kalicińskiej. Choć nie tylko: wrzuciłabym tu też bitników, Coelho, Sienkiewicza, Żeromskiego, Kochanowskiego, Horacego...

Solaris to zagadka. Nie pytajcie mnie, co ja przez to rozumiem. Niby-ocean wymyka się moim ułomnym (z pamięcią o Lemie chciałoby się napisać: białkowym), ludzkim klasyfikacjom. Żadna hipoteza nie wytrzymuje w starciu z planetą Solaris. I dobrze. Bo gdy zrozumiemy Solaris - przestaniemy być ludźmi.

Czytałam: S. Lem, Solaris, Warszawa 2008.  

sobota, 14 maja 2011

Muffiny i Nagroda NIKE - pierwsze starcie

Tak się złożyło, że dzień ogłoszenia nominacji do NIKE 2011 niemal zbiegł się z dniem, w którym po raz pierwszy upiekłam muffiny. To nie może być przypadek. Bo widzicie, niektórzy noszą szaliki tego czy innego klubu piłkarskiego, inni oglądają skoki narciarskie czy wyścigi rozmaitych pojazdów - ja natomiast śledzę nagrody literackie i to jest mój ulubiony sport. A wiecie, jakie teraz są przekręty w sportach.

Muffiny spiskowe tak dobre, że mogą
się schować magdalenki Prousta
(przepis z Kwestii Smaku)
Teraz poważnie: jury NIKE dało mi w tym roku ciężki orzech do zgryzienia. Na liście znalazły się dwie książki, które zrobiły na mnie największe wrażenie od czasu Kieszonkowego atlasu kobiet Sylwii Chutnik - w kategorii "premiera", oczywiście. Są to: Obsoletki Justyny Bargielskiej (nie wiem, dlaczego wszyscy czepiają się w nich akurat wątku poronienia - jest wyrazisty, ale sprowadzać całą książeczkę tylko do tego to wyrządzić jej dużą krzywdę) oraz Chmurdalia Joanny Bator. Od razu powiem, że Chmurdalię uznaję za Książkę, Na Którą Czekałam (pisałam już o tym oczekiwaniu - a sama książka, czy raczej dylogia, zasługuje na osobną notkę i doczeka się jej). Mamy do tego Karpowicza z robiącymi wrażenie (na mnie: przede wszystkim objętością i odwagą, sorry) Balladynami i romansami. I to tyle, jeśli chodzi o nominowane książki znane mi z lektury.

Gdybym miała obstawiać, powiedziałabym, że statuetka w tym roku przypadnie prof. Głowińskiemu za Kręgi obcości. Nie czytałam (wstyd), ale ta książka - jako coming out chyba najbardziej znanego polskiego polonisty - była szeroko omawiana. W kategoriach cokolwiek pozaliterackich, prawda. Nie zdziwi mnie też wybór Dzienników Mrożka, choć przyznawanie statuetki pisarzowi, który dawno już odsunął się od polskiego życia literackiego i pewnie jedyne, na czym mu teraz zależy, to święty spokój - byłoby dość jałowe. Ale cóż,  jury NIKE nie ma w zwyczaju pomijać przy nagradzaniu "szkolnych" (czyli takich, których utwory większość społeczeństwa zna z podręczników) pisarzy i pisarek. Mój stosunek do tego procederu jest cokolwiek ambiwalentny: bo co takiemu Miłoszowi czy Różewiczowi da kolejna nagroda? Oni i tak na wieki wieków (amen) pozostaną w historii polskiej literatury i jedna statuetka tego nie zmieni. A przecież niekoniecznie piszą zawsze najlepsze książki - i cała rzecz wygląda tak, jakby czasem nagroda była wręczana za najgłośniejsze nazwisko a nie za najważniejszą książkę.

I żeby było jasne: nie postuluję tutaj jakiegoś handicapu dla młodych zdolnych nieznanych. Może tylko - wzniesienie się ponad nawyki myślowe.  Bo to nieprawda, że dobra książka obroni się sama: panie i panowie, w czasach, gdy cieniutkie książeczki kosztują 30 zł a 62% Polek i Polaków w ciągu ostatniego roku nie miało kontaktu z ani jedną książką - żadna ambitna pozycja nie obroni się sama.

Dodam, że jeśli coś mnie zaskakuje na tej liście, to to, iż trafiły tu aż dwie z trzech książek nominowanych do tegorocznych Paszportów Polityki - mam nadzieję, że to próba naprawienia krzywdy wyrządzonej Bargielskiej na rzecz Karpowicza.

Podsumowując:
NIKE 2011 pojedynczej czytelniczki Ew. otrzymuje:  
Chmurdalia Joanny Bator
NIKE 2011 (prawdziwą) otrzymają:  
Kręgi obcości Michała Głowińskiego
NIKE 2011 czytelników i czytelniczek GW otrzyma:   
Zrób sobie raj Mariusza Szczygła

Tyle pierwszych impresji. We wrześniu poznamy siódemkę książek-finalistek - ciekawe, czy mój ranking przejdzie chociaż ten etap, czy może zmuszona zostanę do modyfikacji. A jakie są Wasze typy?

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

O tym, jak wzięłam się za młodą poezję

Niedawno pewna firma produkująca podpaski zaczęła ozdabiać swoje produkty uroczymi esami-floresami na powierzchni, której NIGDY NIKT oprócz mnie nie zobaczy. Łzy wzruszenia stanęły mi w oczach: poczułam się jak kobieta z reklamy, której wreszcie proszek Śnieżynka wyprał skarpetki na tak białą biel, że aż oślepiają. Boziu! Wreszcie ktoś zrobił coś tylko dla mnie! 

Podobnego uczucia doświadczam za każdym razem, gdy odnajduję literacką perełkę, o której dobrze wiem, że w promieniu tysiąca kilometrów jestem prawdopodobnie jedyną osobą, która to w ogóle weźmie do ręki. Nie mówiąc o przeczytaniu. Czuję się tak, jakby autor(ka) szeptał(a) mi czule a intymnie do uszka swe strofy bądź linijki - głaszcząc mnie jednocześnie po głowie. Jakby zrobili kanapki i przynieśli mi je do łóżka właśnie wtedy, gdy tak bardzo nie chce mi się wstać - czyli zawsze. Jakby wyprasowali za mnie spódnicę, wyszorowali umywalkę, zdjęli włosy ze szczotki i nawet przetarli podłogę za lodówką. No, słowem, czuję się dopieszczona.

Jakże wielka była moja radość, gdy w czeluściach Internetu trafiłam na twórczość młodego (młodszego ode mnie!) poety, Damiana Nowickiego. Niestety, próbka jest niewielka - zaledwie pięć niedługich wierszy - ale coś każe mi przypuszczać, że są one reprezentatywne dla całości. Otóż rubiny te, te szmaragdy a ametysty poezji polskiej to: Wyznanie Mefistofelesa, Bóg, Świat, Ludzie, Nieśmiertelność, Piękna Czerń i Słońce. Jeśli przyjąć powyższe jako matrycę, to można przypuszczać, że dalsze utwory nazywałyby się: Czarna Róża, Płomienie, Zmierzch Bogów, Śmierć Aniołów, Słonecznik itd., aż do Zaprzepaszczonych Sił Wielkiej Armii Świętych Znaków (jak widzicie, bezczelnie pozwalam sobie zachować manierę pisania każdego słowa wielką literą). Ale dość o tytułach.

Pierwszy utwór, Wyznanie Mefistofelesa, to monolog liryczny – bezpośredni, sataniczny, przy tym śliczny. Podmiot wypowiada się na temat swych planów przejęcia władzy nad światem. Całość napisana została tak, żeby dała się zaśpiewać na melodię To Pinky, to Pinky jest i Mózg, Mózg, Mózg, Mózg… i sugeruje, że wkrótce zostaniemy uraczone prozą - może i samego Nowickiego? - pod tytułem Kod Mefistofelesa.

Drugi i mój ulubiony, Bóg, Świat, Ludzie, to chyba sonet. Tak mi się wydaje, ale nie mogę wykluczyć, że kombinacja „dwie kwadryny – dwie tercyny” jest przypadkowa. Inspiracje ewidentnie nietzscheańskie, ale - znów nie mogę wykluczyć, że autor sam na to wpadł. Z całości warto zapamiętać mądrość Cały ten świat niewiele jest wart, / Gdy goni niby oszalały chart. Nawet gdy pominąć niebagatelny ciężar intelektualny tej maksymy, pozostaje jeszcze walor w postaci interesującego rymu. Tuwim pluje sobie w brodę przy okazji przewracania się w grobie.

W Nieśmiertelności Nowicki z wysokości swojego imponującego 21-letniego doświadczenia rozważa tematy eschatologiczne, takie jak: życie, śmierć, nieśmiertelność, sąd i tak dalej. Poeta omawia tutaj skomplikowany problem: jak to jest, że człowiek nie jest nieśmiertelny, choć w sumie trochę jest, nawet, gdy nie jest. Pozostawia go nierozstrzygniętym, co jest genialnym chwytem mającym na celu zachęcenie czytelniczki do poszukiwania odpowiedzi w dalszych utworach. 

A następny wiersz to Piękna Czerń. Jest bardzo mroczny, albowiem zawiera słowa napisane po łacinie. Poza tym jest mroczny także z tego powodu, że traktuje o samotnej jednostce w tłumie. Oczywiście jednostka jest dużo lepsza od tłumu - przede wszystkim dlatego, że tłum krzyczy, a jednostka dyszy. Hm, nie, moment, jednostka też krzyczy. Cholera, no i posypała mi się interpretacja.

Ostatni – ale przecież nie: najgorszy! – utwór to Słońce. Jest to wiersz napisany w formie hymnu  z wyraźnymi wpływami Litanii loretańskiej i teorii Kopernika. Bardzo cenię sobie akurat ten utwór, jako że przypomniał mi on, że Słońce jest gwiazdą. Poza tym autor jest lepszy od Mickiewicza, bo gdzie Mickiewicz napisał Kochajmy się!, tam autor dodał Kochajmy się / I niech świat złotem się rumieni. A Słowacki dopisałby zapewne: Bądź zdrów! - A tak się żegnają nie wrogi / Lecz dwa na słońcach swych przeciwnych – bogi

Czym i ja zakończę – Ew., bogini (i bogdanka).


Czytałam: wybór z poezji Damiana Nowickiego na stronie ZLP (oddział w Poznaniu). Zainteresowanych i zainteresowane odsyłam także do wywiadu z autorem.

poniedziałek, 28 marca 2011

To jest notka o seksie

No dobra, może nie do końca o seksie. Ale będzie o książce o seksie. A właściwie to będzie o książce, w której seks odgrywa główną rolę. Co nie znaczy, że jest go tam dużo.

Niektórzy i niektóre pamiętają pewnie, że kocham się bardzo w realistach-naturalistach francuskich. I że dopadają mnie oni w najmniej oczekiwanych momentach. Otóż znowu mi się to przytrafiło!

Michel Houellebecq (czyta się to ponoć "ulbek" bądź "wellbek", a może jeszcze inaczej) jest autorem hołubionym w środowiskach, które niegdyś nazwałybyśmy postępową inteligencją, a dziś nazywamy je Krytyką Polityczną (zazwyczaj bez względu na to, czy to istotnie KP). Musiałam zatem w końcu którąś z jego książek przeczytać, żeby w intelektualnych dyskusjach (których praktycznie nie prowadzę, ale to nie pozbawia mnie lęku, że jeśli się kiedyś zdarzą, to będzie wtopa) nie wyjść na gąskę, co się nie zna. I tak się cokolwiek spóźniłam - największy szał na Houellebecqa był rok temu, gdy dostał nagrodę Goncourtów. Nawiasem mówiąc, Edmond i Jules Goncourtowie to prekursorzy realizmu i zarazem czarujące sukinsyny - bardzo polecam ichni Dziennik jako kopalnię bon motów i fascynujące studium mieszczańskiego zakłamania w wersji artystowsko-inteligenckiej. Cud-miód.

Ale, do Houellebecqa - też naturalisty, co postaram się pokazać. Cząstki elementarne, bo o nich tu mowa, to portret pokolenia dzieci niegdysiejszych hipisów. Robią oni mniej więcej to samo, co mamusie i tatusiowie uczestniczący w rewolucji lat 60.: uprawiają bardzo dużo przypadkowego seksu. Tyle że ta generacja podarowała sobie starą ideologiczną przybudówkę w stylu Make love not war. Świat, który zamieszkują (strach pomyśleć, ale Houellebecq twierdzi, że to nasz świat), to teren nieustannych seksualnych łowów. Nieuchronnie wykształca się zatem kult ciała: koniecznie młodego, atrakcyjnego i sprawnego seksualnie.

I tutaj dochodzimy do zabawnego miejsca: otóż o ile sytuacja taka mężczyzn najwyżej frustruje, o tyle na kobiety ma wpływ absolutnie destrukcyjny: sorry, drogie koleżanki, w świecie Houllebecqa albo jesteśmy młode, zdrowe i chętne, albo umieramy. NAPRAWDĘ. Nie wierzycie? OK: matka głównych bohaterów, Michela i Bruna, lżona na lożu śmierci przez własnych synów (za to, że żyła dokładnie tak samo, jak oni obecnie) umiera ze starości . Annabelle (jedna z kobiet Michela) popełnia samobójstwo po tym, jak - przeszedłszy już operację usunięcia przydatków - dowiaduje się o przerzutach nowotworu. Jedna z kobiet Bruna - konsekwentnie opisywana jako brzydka i gruba - skacze z okna czy tam dachu (nie mogąc, jak się domyślamy, znieść własnej nieatrakcyjności). Jeszcze inna rzuca się ze schodów na wózku inwalidzkim (do korzystania z którego zmusiła ją w końcu choroba, której apogeum nastąpiło, oczywiście, w czasie orgii).


Tak, tak, okrutny jest to świat, oj, oj. A jeśli podlejemy go rzadkim sosikiem dość banalnych wynurzeń (czasem litościwie opatrzonych autokomentarzem na temat ich banalności, np.: Mężczyźni nie uprawiają seksu z kobietami dlatego, że je kochają, ale dlatego, że ich pożądają; wiele lat musiało upłynąć, zanim wreszcie zrozumiał tę banalną oczywistą prawdę.) i posypiemy nawiązaniami do Nowego Wspaniałego Świata Huxleya, to dostaniemy coś, co blurp nazwał szokującym portretem społeczeństwa w stanie rozpadu, gdzie pociechę może stanowić jedynie rozpasanie seksualne. Swoją drogą - dobrze napisany to portret, naprawdę. Tyle że to samo można było powiedzieć o powieściach XIX-wiecznych.

Ponoć Houellebecq cieszy się, gdy się komuś Cząstki nie podobają. No cóż, monsieur Michel, miło mi, że mogłam zrobić panu przyjemność (zapewne wolałby pan blowjob, ale niestety - jest pan dla mnie za stary i za brzydki). Tylko widzi pan, one nie podobają mi się nie dlatego, że to zła książka. Nie podobają mi się, bo tak bardzo starają się mnie zgorszyć i przerazić, a tu co? Nah [wzrusza ramionami].


Czytałam: Michel Houllebecq, Cząstki elementarne, Warszawa 2006.

niedziela, 13 lutego 2011

Zagrajmy w "upokorzenie", cz. I: "Pani Bovary"

Czytaliście "Zamianę" Davida Lodge'a? (a może to był "Mały światek"? Niee, chyba "Zamiana") Jeśli nie - to przeczytajcie. Jeśli tak - to pewnie znacie reguły gry w "upokorzenie". 

Dla tych, którzy i które nie znają bądź nie pamiętają (shame on you, tak czy inaczej!): "upokorzenie" to gra towarzyska polegająca na tym, że gracze po kolei wymieniają tytuły książek, których nie przeczytali, ale podejrzewają, że czytali je wszyscy inni. Dostaje się po punkcie za każdą osobę, która przeczytała książkę. Wygrywa, oczywiście, to z graczy, które zgarnie najwięcej punktów, czyli wykaże się największą książkową ignorancją - co w gronie ludzi o konstrukcji intelektualnej pozwalającej czerpać przyjemność z gier tego rodzaju może być nazwane tylko upokorzeniem. Cóż, na otarcie łez zostaje wygrana.

Idea "upokorzenia" zrobiła na mnie spore wrażenie ("It's a cliché!" - wreszcie widziałam najnowszego Allena; kto nie widział - ten owsik), dokonałam przeto literackiego rachunku sumienia. Wynikało z niego, że po śmierci jak nic trafię do piekła dla ludzi zabierających się do książek od dupy strony (i nie chodzi mi o sprawdzanie zakończeń przed samą lekturą ani o predylekcje do pornografii). W sensie, czytałam - czytam - będę czytać - mnóstwo książek, z reguły z górnej półki, ale mam ogromne zaległości w kategorii "kanon arcydzieł" (zbieżność z pewnym wycinkiem kanonu lektur polonistyki - nieprzypadkowa). A na moje największe upokorzenie, the worst of the worst,wybrałam "Panią Bovary". Tak, tę Flauberta.

Przeczytałam. Nazywam się Ew., mam 21 ze wskazaniem na 22 lat i dopiero niedawno przeczytałam "Panią Bovary".

Pewnie, uwielbiam dziewiętnastowiecznych francuskich realistów. W mojej rodzinie zamiłowanie do realistów jest dziedziczne po kądzieli: moja prababcia nie umiała czytać, ale gdyby umiała, wybrałaby Zolę. Moja babcia jest do dziś praktykującą realistką życiową. Moja matka francuskich realistów czytała jeszcze zanim mnie urodziła. I ja francuskich realistów lubię także. Za co? No, na przykład za takie spostrzeżenia jak to, że goście weselni Emmy i Karola, by zdążyć na imprezę, musieli się golić po ciemku, co skutkowało wielką liczbą zacięć, które potem zaogniały się na wietrze - albo jak to, że Emma po drodze do kochanka brudziła sobie i niszczyła delikatne pantofelki. 

Na bok odłóżmy jednak estetyczne dreszcze (dreszcze człowieka, który przeżarł się ptasim mleczkiem i nagle skosztował razowca z masłem). Mój główny problem z tą książką to: biedna Emma! Lata słuchania o bowaryzmie w wersji dla ludzi, którzy nie znają samej książki, zdecydowanie nie przygotowały mnie na to, co przeczytałam. Otóż z wielkim zgorszeniem - z moralnym niepokojem - stwierdziłam, że Emma umiera ukarana za to, że pragnęła czegoś więcej, niż dostała. Kabotynka? Głupawa? Oszustka? Zdrajczyni? Zła matka? Oczywiście! Tak! Ale wszystko wynikło z okoliczności, w których się znalazła. Wysłana na pensję - czyli na tamte czasy to tak, jakby teraz zaczęła studiować polonistykę - musi wrócić na wieś; tylko po to, by wkrótce wyjść za prowincjonalnego lekarza-safandułę. Pewnie trochę z głupoty, trochę z nudów, a lekarz zresztą całkiem niebrzydki. Potem keeping up appearances w wersji miasteczko francuskie. Można zgłupieć. Można mieć chętkę na mały skok w bok, gdy z mężem nie ma nawet o czym porozmawiać. Można nie przepadać za własnym dzieckiem, gdy urodzenie go jest towarzyskim obowiązkiem. Ale czy - skoro Emmę potępiamy - należy przyjąć, że postawa życiowa z rodzaju "zamknij oczy i myśl o Anglii" zasługuje na pochwałę? No chyba nie, tej.

Dlaczego zatem z Emmy Bovary, melancholijnej mistyczki i spóźnionej romantyczki, zrobiliśmy/-łyśmy ikonę drobnomieszczańskich snów o potędze? Dlaczego wyśmiewamy ją, zamiast rozumieć i współczuć? Dlaczego w chwili, gdy wygina się w łuk histeryczny, krzywimy się, że jej brzydki mostek wyszedł?

Postuluję zadośćuczynienie: zróbmy z Emmy ikonę. Skoro zginęła zabita przez Flauberta (i małomiasteczkowe superego, i może coś jeszcze), to ma prawo do męczeńskiej korony.  Wynieśmy na ołtarze Św. Emmę od Zespołu Napięć i Globusa. Niech stanie się patronką tych wszystkich, którym odbija od niedostatku wrażeń. Orędowniczką naszą w sprawie tego, żeby nam się chciało zmienić pracę na gorzej płatną, ale ciekawą. Patronką niewierzących co niedziela stawiających się w kościele. Wstawiającą się za wszystkimi dziewczętami, które rodzą niechciane dzieci poczęte z niekochanymi facetami.  Atrybuty: gorset i tomik poezji. Święta Emma od Życiowej Niezborności, męczennica.


Czytałam: Gustaw Flaubert, Pani Bovary, Warszawa 1957.

wtorek, 2 listopada 2010

O książkach opieczętowanych

Nie lubię pisać o książkach powszechnie uznanych za dobre. Nie lubię recenzować utworów opatrzonych pieczątką "Wielka Literatura". Takie książki się czyta i co? Czasem zachwyca, czasem nie zachwyca. Najgorzej, gdy nie zachwyca - jakoś głupio powiedzieć, że Wielka Literatura do mnie nie trafia. Skoro nie zachwyca (a jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?), to znaczy, że nie zrozumiałam, tępa jestem i tyle. Choć są grona, przyznaję, w których prawie wypada wygłaszać obrazoburcze opinie na temat książek kanonicznych. Tylko ileż można? Mnie się już rzadko chce dowodzić, że Orzeszkowa pisała - IMHO - kiepsko stylistycznie. Po co?

Nie pociąga mnie literatura iberoamerykańsko-latynosko-hiszpańsko-portugalsko-nazwij-to-jak-chcesz. Nie czułam metafizycznych dreszczy podczas lektury Marqueza. Nie wierzę w literacką geografię i rozmaite tam dusze narodów: po prostu nie lubię tych dekoracji, ot. A tutaj Komitet Noblowski zrobił mi takie świństwo, że zamiast nieśmiało podejrzewanego o noblowskość Zagajewskiego ogłosił pisarzem roku  Peruwiańczyka Mario Vargasa Llosę. Cóż zrobić? Nie jest istotny mój stosunek do Powszechnie Uznanych Arcydzieł, gdy chodzi o towarzyskie być a nie być: nazajutrz po werdykcie posłusznie udałam się do biblioteki i wypożyczyłam Rozmowę w "Katedrze"

Powiem Wam, jest to chyba najbardziej wnikliwe studium impotencji*, jakie kiedykolwiek czytałam. Właściwie przy tej objętości (677 stron!) zasługuje na dumne miano monografii. Najgłówniejszy z bohaterów (to chyba dobre określenie) właściwie niczego nie robi z własnej woli, może oprócz wyprowadzenia się z domu (choć gdyby trochę podrążyć...). I jest zadziwiająco wytrwały w swym dążeniu, by niczego nie zmieniać. Można go lubić, ale nie da się go szanować. Drugi z najgłówniejszych bohaterów tylko z pozoru zachowuje się bardziej aktywnie. Tak naprawdę całe jego życie polega na ukrywaniu się i uciekaniu od odpowiedzialności.

Dwaj nieudacznicy rozmawiają ze sobą. Mówią wiele, jeszcze więcej ukrywają. Llosa mistrzowsko oddaje rytm takiej dyskusji, ukazuje napięcia między tym, co dzieje się w głowach bohaterów a tym, co sobie mówią. Rozmowa rozpada się na wiele małych; cała książka to barwna tkanina utkana z rozmów, wspomnień, obrazów; poplątana, choć spoista. Są rzeczy, o których Ambrosio i Santiago sobie nie mówią, ale gdy już mówią, nie kłamią: co mają do stracenia? A w tle kryminalna afera i wielka polityka, i historia., i prywatne goni polityczne, i polityczne podgryza prywatne Na szczęście można się przed nimi schować - na przykład nad piwem w "Katedrze".
No dobra, niech już będzie ten Nobel. Ale w przyszłym roku ma być Polka!



* wybaczcie agresywny fallocentryzm tej metafory. Ci, których mocno razi, niech czytają to etymologicznie: jako "niemoc".

Czytałam: Mario Vargas Llosa, Rozmowa w "Katedrze", Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1973.